![]() |
|
Federico |
Ludzie Intensyfikacja
To słowo najlepiej oddaje charakter filmów Federico Felliniego. To słowo wpisuje się zarazem w język kina, który odpowiada mi najbardziej. Mnogość ludzkich charakterów, zachowań, którymi Fellini żongluje w swoich filmach, by wymienić chociażby „Amarcord”, „Rzym” czy „Satyricon”, sprawia, że nie sposób przejść obojętnie obok tych filmów. To właśnie owo bogactwo sprawia, że Fellini jest mi bliski jak prawie żaden inny reżyser. Jakże można by bowiem przejść obojętnie obok filmów, które dają nam tak osobisty, a zarazem niepowtarzalny wgląd w codzienne życie zarówno zwykłych ludzi, jak i tych, mówiąc językiem mody, ze sfer haute cauture (by przywołać „Giulette i duchy”). Owa intensyfikacja w sposobie pokazywania przekroju włoskiego społeczeństwa nie kończy się bynajmniej na powierzchownym podglądactwie. Fellini, nie odbierając swoim bohaterom indywidualności, w każdym swoim filmie pozostawia cząstkę swojego geniuszu – tę rozpoznawalną jakość, która sprawia, że od pierwszych minut mamy wrażenie uczestniczenia w misterium kina.
Gdy pierwszy raz obejrzałem „Osiem i pół”, nie zrozumiałem tego filmu. Miałem dwanaście lat. Dopiero później moje zauroczenie kinem narastało. Coraz więcej filmów zostawało w pamięci. Coraz częściej po wyjściu z Iluzjonu (gdzie swego czasu byłem codziennym gościem) doznawałem wspaniałego uczucia obcowania z prawdziwą, żywą sztuką. Lata mijały, a ja intensywnie wzbogacałem się kolejnymi obrazami takich reżyserów jak Antonioni, Bunuel, Godard, Truffaut, Greenaway i inni. A Fellini wciąż pozostawał gdzieś na marginesie. Obejrzałem „Miasto kobiet” i urzekła mnie bajeczna barwa tego filmu. A jednak, wówczas chyba szukałem czego innego w kinie. Do tego dopisało się moje wrażenie po obejrzeniu „La Strady” – pięknego filmu, który momentalnie wrzuciłem jednak do szufladki „realizm-neorealizm” – czyli szufladki z etykietką „dzieła wielkie, ale przemawiające nie takim językiem, jakiego ja poszukuję w kinie”. To były czasy, gdy fascynował mnie barokowy świat wizji Petera Greenawaya. Możliwe, że taka sytuacja nie zmieniłaby się jeszcze bardzo długo, gdybym kiedyś nie nagrał na wideo „Rzymu”. Kaseta leżała nie obejrzana dobrych kilka lat. Dopiero jakiś czas temu, po nieopatrznym zapatrzeniu się w kolejny amerykański produkcyjniak, nabrałem chęci do obejrzenia czegoś niepowtarzalnego. Traf chciał, że w ręce wpadł mi „Rzym”. Włączyłem i po dwóch godzinach zadawałem sobie tylko jedno pytanie: jak mogłem odkładać na bok tak genialnie nakręcone i opowiedziane kino?!? W ciągu kilku dni udało mi się załatwić następne produkcje włoskiego mistrza. I za każdym razem zauroczenie wzrastało.
Można powiedzieć, że dorosłem do Felliniego. Do jego, stricte włoskiego, postrzegania rzeczywistości, do owego kalejdoskopu codzienności przeplatanego raz nutką melancholii, raz drapieżnym pazurem intensywnych barw. Fellini zafundował mi niejako konglomerat kina XX wieku i bez jego osoby moje spojrzenie na kino byłoby po prostu ubogie. |