WEBESTEEM | FLASH CARDS | FORUM
art & design
webesteem magazine | numery archiwalne | nr 11 | fotografia
art & design
art & design

Była
szczupła,
choć do "wieszaków" snujących się po paryskich wybiegach wiele jej brakowało. Włosy miała do ramion, biust - na oko trójeczka i śliczne usta.

Akt

Ten pierwszy raz, czyli na nagim planie

 

W słynnym filmie Michelangelo Antonioniego "Powiększenie" wszystko było proste - był fotograf, były dziewczyny, które leciały na jego aparat (czy też "aparat") i wreszcie były piękne czasy, kiedy pokazywanie własnych odsłoniętych piersi i pośladków było cool i trendy, uchodząc za przejaw obyczajowego wyzwolenia. Dziś rozebrane zdjęcia nie mają już takiego społecznego wymiaru. Do fotomodelingu dziewczyny zdają się ciągnąć tylko z dwóch powodów: chęci zarobienia w miarę łatwych pieniędzy i chęci zrobienia kariery, która ostatecznie też wiąże się z finansami. Pasjonatki - gotowe pozować nago dla tzw. celów wyższych, dla sztuki, dla własnej przyjemności - wymarły wraz z nadejściem ery Internetu.

 

Na szczęście jednak era Internetu przyniosła też wiele pozytywnych zmian, szczególnie jeśli chodzi o możliwości nawiązania kontaktu z potencjalnymi modelkami. Dawniej trzeba się było nieźle nawysilać, żeby namówić dziewczynę do pozowania nago przed obiektywem. Mnie osobiście w charakterze modelki na początku służyła żona, a potem, kiedy zdobyłem już nieco umiejętności - jej najbliższe koleżanki, które "też by chciały mieć takie zdjęcia". W tej początkowej fazie doświadczeń z fotografią aktu miałem problemy dwojakiej natury. Pierwszy to oczywiście... żona. Tak, tak - powiedzmy to sobie otwarcie - kobiety nie cierpią, gdy ich osobisty mężczyzna ogląda wdzięki innych kobiet. Na nic się zdają przekonywania, że "przecież nie chodzi o seks", że "to tylko działania artystyczne", że "chodzi wyłącznie o sztukę" itp. Najgorszym z argumentów, którego użyłem był ten, że "chcę uwieczniać piękno". Burę, jaką mi sprawiła małżonka pamiętam do dziś. W jaki jednak sposób udało mi się ją w końcu przekonać? Powiedziałem tak: "Dobra, nie będę robił zdjęć rozebranym laskom, od dziś fotografuję pioruny"... Perspektywa nocnych wyjazdów z domu przy okazji każdej burzy oraz możliwość nagłej śmierci spowodowanej wyładowaniem atmosferycznym sprawiły, że uzyskałem zgodę na fotografowanie dziewczyn.

Drugi problem był natury "techniczno-emocjonalno-organicznej". Przypuszczam, że każdy początkujący fotograf aktu musi się z nim zmierzyć, dlatego pozwolę go sobie przybliżyć nieco szerzej.

Był środek maja, ona miała na imię Justyna i była pierwszą modelką, której zapłaciłem za pozowanie i pierwszą, której wcześniej w ogóle nie znałem. Na plan zdjęciowy wybrałem ruiny starego pałacu w jednej z podlegnickich miejscowości. Chodziło o utrzymane w poetyce niesamowitości i grozy zdjęcia do przygotowywanej przeze mnie z okazji Halloween wystawy fotografii aktu. Zdecydowałem się na Justynę, bo ze zdjęć zamieszczonych w jej portfolio wynikało, że przed obiektywem czuje się bardzo swobodnie. Naładowany świeżo wyczytaną z książek wiedzą techniczną, ruszyłem na podbój świata fotografii aktu.

Była szczupła, choć do "wieszaków" snujących się po paryskich wybiegach wiele jej brakowało. Włosy miała do ramion, biust - na oko trójeczka i śliczne usta. Całość uzupełniały dwa kolczyki - jeden w nosie, a drugi w pępku oraz dwa tatuaże - tuż nad strefą bikini i na łopatce. Tymi zresztą szczególikami nieco mnie rozeźliła, bo na zdjęciach zamieszczonych w sieci ani tatuaży, ani kolczyków nie było. Ponieważ jestem dość radykalnym zwolennikiem naturalności, niemal do łez doprowadziła mnie sprawa podbrzusza, jak to dzisiaj w modzie - przystrzyżonego na absolutne zero. Poza względami estetycznymi, sprawia to niekiedy, że nawet udana z punktu widzenia światła i kompozycji fotografia, może się stać zupełnie bezużyteczną, bo po prostu widać na niej zbyt wiele.

Na sesję Justyna przyjechała... ze swoim kolegą, który - w razie potrzeby - służyć miał za ochroniarza (podobno w przeszłości zdarzały się modelce sytuacje, że bywała napastowana przez fotografów). Przyznam, że znów się trochę zdenerwowałem, bo już z wcześniejszych doświadczeń wiedziałem, że dodatkowe osoby na planie są jak piąte koło u wozu. Nic to - powiedziałem sobie niczym Wołodyjowski do swojej Baśki - i zacisnąłem zęby. Ponieważ za sesję płaciłem, bardzo mi zależało, żeby wypadła dobrze. Nie, wcale nie dobrze, chciałem, żeby wypadła doskonale. Na rozkręcenie zaproponowałem rozpoczęcie sesji od kilku ujęć portretowych. Od razu zauważyłem po sobie straszne zdenerwowanie. Łapałem się na tym, że zapominam odczekać kilku sekund, żeby zdążyła się naładować lampa błyskowa i strzelam zdjęcia bez doświetlenia cieni. Kolega Justyny przyglądał się moim poczynaniom, a im bardziej patrzył mi na ręce, tym większy wywoływał stres. Jak to będzie, gdy poproszę ją o rozebranie się? - zastanawiałem się w skrytości serca.

Skończył się film, przewinąłem więc rolkę i poprosiłem Justynę, by przebrała się w przygotowany wcześniej przeze mnie zwiewny kostium z... firanki. Poszła za mur i po chwili była gotowa. Stanęła przede mną niemal naga, bo owinięta tylko przezroczystym materiałem i zapytała: "Buty też muszę zdjąć?" Cóż, kolorowe adidasy, które świetnie harmonizowały z dżinsami, do moich celów się niestety nie nadawały, więc poprosiłem, by się ich pozbyła. Lament był nie z tej ziemi, bo delikatne stopy mojej modelki nie były w stanie znieść kontaktu z usłanym gruzami podłożem. Zaowocowało to serią totalnie nieudanych zdjęć z wykrzywioną w cierpiętniczym grymasie twarzą dziewczyny. Po kilkunastu klatkach filmu zdecydowałem, że lepiej niech już założy te buty... Kiedy się wreszcie rozebrała i przeszliśmy do meritum sprawy, w wyniku długich przekonywań, adidasy wylądowały ostatecznie na ziemi. Pod obstrzałem spojrzenia kolegi Justyny, nie zwróciłem jednak uwagi, że na wielu ujęciach leżą... w rogu kadru.

Wbrew wcześniejszym uzgodnieniom, nie było też łatwo przekonać Justynę, by całkowicie pozbyła się ubrania (mojego kostiumu z firanki). Wydawała się nieco speszona, że proszę ją o pozowanie całkowicie nago. Dyskusje i spory trwały długo i dopiero dwa ostatnie filmy jakimi dysponowałem, mogłem poświęcić na to, o co mi chodziło i za co tak naprawdę zapłaciłem.

Prawie udane zdjęcia w czasie tej mojej pierwszej prawdziwej sesji (powtarzam: prawie!) zrobiłem dopiero wtedy, gdy schowaliśmy się z dziewczyną za jedną z pałacowych ścian, zostawiając daleko jej - chyba już uspokojonego - kolegę. Poprosiłem ją, by weszła do wnęki, w której niegdyś znajdować się musiała jakaś rzeźba. Obfotografowałem Justynę z przodu, z tyłu i z każdego boku w kilku różnych ujęciach. Niestety, tym razem trochę nieszczęśliwie użyłem flesza, bo światło lampy okazało się mocniejsze od światła zastanego i na ścianie pojawiły się czarne, brzydkie cienie.

Wniosków z mojego pierwszego razu było sporo i sporo było nauki. Pozwolę sobie teraz wypunktować to, co uważam za najważniejsze, ku przestrodze tym, którzy z przygodę z fotografią aktu dopiero zaczynają lub dopiero myślą o jej rozpoczęciu.

Po pierwsze: Kiedy zatrudniasz modelkę, ustal z nią wszystkie, ale to absolutnie wszystkie szczegóły jej wyglądu. Nie wstydź się zapytać o strefę bikini, o tatuaże czy kolczyki. Koniecznie zapytaj o opaleniznę - nie ma nic gorszego od białych plam na ciele. Z kolei, jeżeli modelka nie jest opalona, zabroń jej wyprawy do solarium w przeddzień sesji. Opalenizna będzie wówczas bardzo nierówna, co uwidoczni się zwłaszcza przy zdjęciach od tyłu (wewnętrzne części ud i pośladków prawdopodobnie będą nieopalone).

Po drugie: Upewnij się, że na planie zdjęciowym będziesz tylko ty i modelka i że nikt i nic nie zakłóci wam spokoju. Przyglądanie się sesji przez osoby postronne, nawet jeśli są bliskie modelce czy fotografowi, wprowadza niepotrzebny element dodatkowego napięcia, w dużej mierze rozprasza zarówno fotografowaną, jak i fotografa, zrywa cienką nitkę porozumienia, jakie zawiązuje się na planie między modelką i osobą wykonująca zdjęcia lub w ogóle nie dopuszcza do nawiązania bliskiego, emocjonalnego kontaktu, który - przynajmniej według mnie - jest niezbędny do udanych zdjęć aktu.

Po trzecie (i ostatnie): Naucz się swojego aparatu jak pacierza, tak, by jego obsługa stała się odruchowa! Bo kiedy po raz pierwszy rozbierze się przed tobą ładna dziewczyna, nie chcąc wyjść na totalnego amatora, będziesz pstrykał zdjęcie za zdjęciem, w ogóle nie zważając na wskazania światłomierza. Dzięki doskonałej znajomości swojego sprzętu, po kilkunastu sesjach, wykształcone nawyki techniczne pozwolą wykonywać wszystkie czynności związane z aparatem i światłem automatycznie, a to z kolei pozwoli ci się skupić na tym, co najważniejsze - na fotografowanej osobie. I być może po paru latach, przy odrobinie szczęścia i inwencji własnej, z totalnego amatora zmienisz się w mistrza. Czego tobie, a także sobie i wszystkim pasjonatom fotografii aktu szczerze życzę.

Mariusz Lalewicz


O autorze:

Mariusz Lalewicz, ur. 12 lutego 1970 r. w Zielonej Górze. Absolwent Uniwersytetu Zielonogórskiego (1993) - kierunek filologia wschodniosłowiańska. 1995-1996: dziennikarz w "Gazecie Lubuskiej" (Zielona Góra). 1996-1997: redaktor naczelny "Kuriera Powiatowego" (Polkowice). 1997-2004: publicysta w tygodniku "Konkrety" (Legnica). 2004-...: dziennikarz w tygodniku "Panorama Dolnośląska" (Wrocław).

- Fotografia zawsze była dla mnie bardziej lub mniej świadomą realizacją potrzeby przekształcania rzeczywistości zastanej. Bez udziału świadomości, tzn. nie mając pojęcia o wzajemnych zależnościach między czasem i przysłoną, rzeczywistość przekształcałem za pomocą Ami 66, który to aparat dostałem w drugiej klasie szkoły podstawowej z okazji komunii. Moja ingerencja w świat zastany była na tyle poważna, że pierwsza naświetlona przeze mnie taśma z filmem nadawała się tylko do śmietnika. Dopiero wiele lat później przyszedł czas na Zenita 11. Przemierzyliśmy razem kawał Europy, przekształcając rzeczywistość w obrazy utkane światłem i cieniem. Po drodze było jeszcze kilka innych aparatów, m.in. kompaktowy Kodak 235, który dzialając na zasadzie "wyceluj i strzel" do dziś znakomicie się sprawdza w rękach mojej żony, której na przekształcaniu rzeczywistości nie zależy wcale. Dziś fotografuję analogową lustrzanką dla ambitnych amatorów (jak określa ją sam producent) - Nikonem F80 i... marzę o cyfraku. Marzę, choć swojego Nikona nigdy nie sprzedam.

 

art & design
webesteem magazine | nr 11 webesteem magazine is a part of webesteem.pl  |  copyright © 2001-2005 webesteem.pl  
art & design