Wywiad z Elsą Dorfman
Rozmawiają: Adam Szrotek i Sylwia Banasiak
Czy możesz opowiedzieć nam o swoich początkach z aparatem Polaroida?
Aparatu Polaroida o formacie 20x24 zaczęłam używać 8 lutego 1980 roku. Pracownia znajdowała się w starym budynku przy ulicy 20 Ames w Cambridge. Obecnie znajduje się tam muzeum Instytutu Technicznego w Massachusetts. Wybrałam się tam, na dzień przed rozpoczęciem zdjęć. Chciałam zobaczyć, jak była urządzona i zarazem "wyczuć" aparat. Allen Ginsberg i Peter Orlovsky wybierali się do mnie z wizytą. W zamian za kilka zdjęć, Polaroid pozwolił mi na urządzenie darmowej sesji. Przydzielono mi wykonanie dziesięciu ujęć, ale limit ten szybko przekroczyłam, będąc podekscytowana aparatem. Przed wyjściem do studia, zabrałam ze sobą czerwonego amarylisa, którego dostałam od męża. Nie miałam zupełnego pojęcia, w jaki sposób go wykorzystam. Załączam trzy zdjęcia z tej sesji.
Pierwsze przedstawia ubranego Allena, na którym amarylis jest jeszcze zwinięty w pąk. Otworzył się pod wpływem światła, emitowanego przez lampy, kiedy to Allan i Peter pozowali nago.
Małe czerwone pojemniki, widoczne na zdjęciu to kadzidełka i atrament, które Allen nosił ze sobą w torbie. Czarny sześcian znaleźliśmy w studio. Poniżej nasze wspólne zdjęcie z tego dnia.
Wiem, że aparat, którym robisz zdjęcia wypożyczasz od Polaroida. Jakie są zasady tej współpracy?
W latach 1980-87 wypożyczałam aparat raz na miesiąc, przyprowadzając klientów do studia, prowadzonego przez Polaroid. Początkowo znajdowało się ono w Cambridge, następnie w Museum School, a poźniej w Mass College of Art. Pracownia była wyposażona w oświetlenie, ale pomimo tego musiałam przynosić ze sobą masę rekwizytów, krzesła, kwiaty i tak dalej. Generalnie były to dziwne przedmioty, które mogły się kiedyś przydać. Było to bardzo uciążliwe. Dodatkowo, kiedy studio znajdowało się na uczelniach, nie chciano, aby klienci przyprowadzali ze sobą psy. Ponadto, kiedy klienci umawiali się ze mną na sesję, miałam do dyspozycji tylko jeden dzień w miesiącu, zaaranżowany wcześniej z Polaroidem. Było to dużym uciążeniem. Prawie natychmiast rozpoczęłam rozmowy, z pracującą dla Polaroida Eelco Wolf, aby pozwolono mi wypożyczać kamerę i używać jej w mojej własnej pracowni. Byłam gotowa na zrobienie czegokolwiek: zbudowanie własnej kamery, wynajem pracowni, cokolwiek. W końcu, na początku 1987 roku Eelco Wolf zatwierdziła wynajętą przeze mnie pracownię, którą znalazłam w budynku Cambridge, uznając to miejsce za jak najbardziej odpowiednie dla Polaroida 20x24. Przeniosłam się tam z końcem maja 1987 roku i pracuję do dziś. Poza zwyczajowymi zobowiązaniami ubezpieczeniowymi, pomiędzy mną a Polaroidem istniało nieformalne porozumienie, dotyczące charakteru mojej pracy. Oczywistym było dla mnie, iż poprzez moją twórczość nigdy nie skompromituję firmy.
Dlaczego portrety?
Zawsze byłam portrecistką, od 1965 roku. Taka kontynuacja miała dla mnie, jak najbardziej naturalny charakter. Pomimo tego, że wykonałam kilka "portretów" budynkom, zasadniczo, w swoim rdzeniu i intuicji jestem fotografem ludzi. Kilka z moich prac, wykonanych przed 1974 rokiem: Elsa's Housebook.
Czy zajmujesz się wyłącznie portretami?
Robię tylko portrety, ponieważ lubię ludzi. Reaguję na nich. Interesują mnie. Doprawdy mam poczucie świętej misji, kiedy robię zdjęcie. Obejmuję ich. Staram się do nich dotrzeć. Chcę dla nich jak najlepiej. Cały ten proces jest dla mnie duchowym doświadczeniem. Mam nadzieję, że dla nich również. Wiem, że tworzę coś, co ma duże znaczenie. Zarówno dla mnie, jak i dla nich, a także dla ich potomków. Dla ludzi, którzy będą spoglądać nas, jako element historii i próbować nas zrozumieć. Myślę, że podobna „duchowość” może towarzyszyc fotografowaniu budynków, ale w moim przypadku jest to niesłychanie trudne: musiałabym wypożyczać ciężarówkę, walczyć z ruchem ulicznym i padające cienie zawsze stają na przeszkodzie.
Jak uważasz, dlaczego portrety polaroidowe są dla ludzi tak atrakcyjne?
Kolor jest tak wspaniały. Papier tak namacalny, jego prezencja tak realna. Nie układa się płasko, tak jak zwykły papier fotograficzny czy odbitka cyfrowa. Robi swoje: faluje, porusza się. Oczywiście jest także i rozmiar i niesamowita drobiazgowość; aczkolwiek w dzisiejszych czasach, fotografia cyfrowa jest w stanie przybliżyć detal i ta właściwość nie jest już tak ekskluzywna dla Polaroidu 20x24. Odbitka polaroidowa ma uczucie prawdziwego rzemiosła, będąc stworzoną przez maszynę, która jest jednocześnie precyzyjna i niedokładna. Maszynę, która - tu proszę mi wybaczyć - posiada duszę.
Czy sądzisz, że portretowane osoby, są w jakiś sposób „zastraszone” obecnością tak nietypowej kamery?
Myślę, że ludzie są przyzwyczajeni do aparatów, które są małych rozmiarów i które można trzymać w dłoni. Kamera, w rozmiarach przypominająca lodówkę i posiadająca duże miechy, wydaje się conajmniej dziwaczna. Pamiętam aparat z francuskiej książki dla dzieci o słoniach, nazwa niestety mi umknęła. W czasach, kiedy napisano tę książkę, aparaty z miechami były jeszcze dość powszechne. To się niestety zmieniło. Usilnie staram się, aby moja pracownia nie działała w sposób zastraszający. Tak wiele rzeczy może się zdarzyć, coś przestaje nagle działać. Koniec jest taki, że wszelkie wcześniejsze zahamowania znikają. Właściwie, tak naprawdę, to moja kamera „potrzebuje” jak najwięcej pomocy ze strony portretowanych osób. Myślę, że najwięcej problemów sprawia oświetlenie. Wykonanie pierwszego ujęcia przebiega raczej bez problemów. Zazwyczaj drugie wprawia portretowanych w lekkie zakłopotanie. Zdarza się to w szczególności, kiedy fotografuję psy. Są tak sprytne, że dokładnie wiedzą, że za drugim razem, tuż po zapaleniu świateł, pojawi się duży błysk.
Jak wygląda przeciętna sesja? Czy ma charakter aranżowany czy raczej spontaniczny?
Zazwyczaj robię trzy, cztery zdjęcia. Nie tylko ze względu na wysoką cenę filmu, ale przede wszystkim z faktu, iż w tym przypadku jakość fotografii nie ma charakteru progresywnego. Nie stają się on lepsze, po wykonaniu większej ilości tych samych ujęć. Mój styl fotografowania, może momentami sugerować, iż nie zawsze wiem, co robię. Prawda jest jednak taka, że w tym momencie mój umysł pracuje, na jak najbardziej wysokich obrotach. Kiedy kogoś fotografuję, potrzebuję, aby osoba „wyświetliła” przede mną swoją osobowość. Potrzebuję z ich strony pomocy. Sprawiam, że litują się nade mną i pomagają mi, próbując jak najbardziej być sobą. Staram się nadać swojej pracowni charakter świątyni, miejsca, w którym mogą się zrelaksować i poniekąd, sami stać się świętymi. Oczywiście, martwią się o swoje fryzury, czy spódnice nie układają się krzywo, czy dzieci nie rozrabiają i czy pies jest odwrócony w kierunku kamery. Prawdą jest więc, że panowanie nad tym wszystkim musi pochodzić z jakiegoś wewnętrznego kierowania, miejsca poza nami. Na mojej stronie internetowej znajduje się kilka krótkich klipów, przedstawiających mnie, kiedy pracuję. Wiernie oddają to, co dzieje się w moim studio. http://elsa.photo.net/kraemerfilms.html
Czy zajmujesz się wyłącznie portretami?
Robię tylko portrety, ponieważ lubię ludzi. Reaguję na nich. Interesują mnie. Doprawdy mam poczucie świętej misji, kiedy robię zdjęcie. Obejmuję ich. Staram się do nich dotrzeć. Chcę dla nich jak najlepiej. Cały ten proces jest dla mnie duchowym doświadczeniem. Mam nadzieję, że dla nich również. Wiem, że tworzę coś, co ma duże znaczenie. Zarówno dla mnie, jak i dla nich, a także dla ich potomków. Dla ludzi, którzy będą spoglądać nas, jako element historii i próbować nas zrozumieć. Myślę, że podobna „duchowość” może towarzyszyc fotografowaniu budynków, ale w moim przypadku jest to niesłychanie trudne: musiałabym wypożyczać ciężarówkę, walczyć z ruchem ulicznym i padające cienie zawsze stają na przeszkodzie.
Czy pamiętasz najdziwniejsze zamówienie, jakie u Ciebie złożono?
Myślę, że za najbardziej dziwne mogę uznać prośby wykonania, rażących portretów seksualnych.
Zupełnie mnie to nie pociąga. Po prostu odmawiam. Z kolei za najbardziej poruszające doświadczenia uważam te, kiedy jestem proszona o wykonanie portretu rodzinnego, kiedy jeden z członków rodziny jest umierający. Wykonanie tego typu portretu, ma dla mnie ogromne znaczenie, czuję się zaszczycona ale i odpowiedzialna. Swoją książkę Nohairday, zadedykowałam wszystkim tym osobom, które miałam zaszczyt sfotografować w ostatnich dniach ich życia.
Czy zdażyło Ci się kiedykolwiek odmówić wykonania portretu? Jeśli tak, jakie były okoliczności?
Odmówiłabym wykonania portretu, gdyby któraś z portretowanych osób, była bardzo zdenerwowana, albo np. dzieciak zaczął tracić kontrolę nad swoim zachowaniem. Czasami takie sytuacje mają miejsce. Nie chcę, aby ktokolwiek wyniósł złe doświadczenia z mojej pracowni. Zdarzało mi się wysyłać rodziny do pizzeri, aby się wyluzowali, albo kazałam im się przegrupować. Są również sytuacje, kiedy po wykonaniu pierwszego zdjęcia, informowałam rodzinę, że kontynuacja nie ma sensu, ponieważ dziecko, zazwyczaj chłopiec miał już dosyć.
Bardzo często, rozmawiając o Polaroidach, mówi się o swoistej magii tych aparatów. Czy Ty również masz takie odczucia?
Tak, ten aparat jest absolutnie magiczny. Częściowo, ponieważ jest tak nieprzewidywalny, tak wiele rzeczy może się nie udać lub najzwyczajniej popsuć. Po części także, z uwagi na fakt, iż wykonywanie portretów ma charakter kolaboracyjny. Jest to jak najbardziej duchowe doświadczenie.
Po tak wielu latach, zajmowania się portretowaniem ludzi, czy sądzisz, że Twoja twórczość posiada charakter progresywny? Czy spoglądając na swoje wcześniejsze prace, zauważasz jakieś zmiany w swoim stylu?
Czuję, że moja twórczość uległa zmianie lub pewnemu rozluźnieniu, ale tak naprawde jest mi trudno to ocenić. Myślę, ż moja praca polega na wykonywaniu portretów, a ktoś inny, np. ty zajmie się wyjaśnieniem tego, co robię. Ja zajmuję się jedynie wykonaniem pracy. Mogę analizować prace innych artystów, ze swoimi mam trudności. Moja praca maksymalnie mnie absorbuje, myślę o niej nieustannie. Przed każdą sesją uprawiam coś w rodzaju modlitwy, medytacji. Tak naprawdę, trudno znaleźć komponenty takiej pracy, podzielić ją na elementy i zanalizować. Kiedy spoglądasz na moje prace i daty ich powstania, czy dostrzegasz ewolucję???
Czy uważasz się za artystę, czy raczej za rzemieślnika?
Myślę, że jestem i jednym i drugim. Bycie jednym i drugim traktuję, jako ogromny honor. Właściwie postrzegam siebie jako szamana albo medium. Kogoś, kto intuicyjnie odczytuje ludzkie dusze. Czy jestem w tym momencie zbyt zuchwała i wyolbrzymiam swoją przydatność? Być może. O rety! Myślę, że jestem pewnego rodzaju czarodziejem.
Niektórzy uważają, że otoczenie mówi wiele o osobowości i potrafi dostarczyć wiele informacji o człowieku. Ty umieszczasz swoich modeli na bardzo prostym tle. Czy zastanawiałaś się kiedykolwiek nad zmianą otoczenia?
Zgodzę się, że otoczenie odgrywa ważną rolę w portretowaniu. Z pewnością bardzo interesującą. Kiedy używałam zwykłej kamery, wielokrotnie wykorzystywałam zalety otoczenia, ale Polaroid o rozmiarach 20x24 posiada tyle ograniczeń i wykorzystanie otoczenia jest raczej niemożliwe. Dla mnie poniekąd, takie limity jedynie wzbogacają magię tego aparatu. To w jakimś sensie testuje fotografa, ile potrafi zdziałać w obrębie tych surowych ograniczeń. Głębia ostrości jest tak mała i uwzględnienie otoczenia jest bardzo trudne. Zaledwie kilka razy używałam kamery poza studiem, przy ogromnej pomocy Johna Reutera, Tracy Storer i Iana Churchilla, zważywszy na to, jak trudnym było to przedsięwzięciem. Aparat jest tak delikatny i nie śmiałabym już go ponownie narażać na żadne niebezpieczństwo. Tylko raz eksperymentowałam z kolorowym tłem, używając niebieskiego koloru, kiedy fotografowałam ludzi, pozujących z anielskimi skrzydłami!!!!
Jak często zdarzają się pomyłki?
To zależy, co nazywasz pomyłkami. Czy mrugnięcia oczu traktujemy, jako pomyłki? Czy niepoprawnie działająca kamera traktowana jest jako pomyłka? Czy może moje potknięcia, w operowaniu aparatem? Tak, czasami zalewa mnie powódź błędów i pomyłek. Nie mogę wpaść w rytm. Z tego lub innego powodu. Jeden błąd rodzi następny. Nie mogę nad tym zapanować. Czasami wydaje mi się, że kamera ma w sobie Dybbuka (demon w kulturze Żydowskiej, wchodzący w ciało żywej istoty i kontrolujący jej zachowania), który wie, kiedy jestem spięta lub kiedy nie mogę zrozumieć się z klientem. Jest tysiące powodów. Dlatego wielokrotnie powtarzam, że ten aparat posiada duszę. Przechodziłam prawdziwe koszmary z rodzinami, kiedy jedna lub druga osoba mrugała. Sześć razy pod rząd. To było lata temu. Gdyby teraz to sie zdarzyło, odesłałabym ich do domu. Może mruganie jest zaraźliwe. Powinno być jedynie statystyczną nieprawidłowością.
Co nam możesz opowiedzieć o błędach, jakie widzimy, na zdjęciu przedstawiającym siostry?
Aha. To był błąd kamery. Na jednej rolce mogę zrobić 39 zdjęć. Zbliżałam się do końca rolki z negatywem, ale z jakichś przyczyn materiał nie wysuwał się łatwo z pomiędzy rolek. Można zauważyć ślady, w których negatyw przeciągnął się po pozytywie. Widoczne są także miejsca, w których negatyw był trzymany poprzez zwijającego go technika. Kolorowe plamy pochodzą z dodatkowych chemikalii, które w jakiś sposób rozmazały się wokół obrazu.
 |
 |
Początkowo, te nieudane produkcje mnie martwiły, ale z czasem, kiedy nabrałam więcej doświadczenia, stały się dla mnie ważne i polubiłam je. Na zdjęciu, zrobionym pod koniec grudnia, przedstawiającym rodzinę, w poprzek zdjęcia przebiega podobna linia. Wydaje mi się, że jest to przeciek światła z kamery, ponieważ długo trzymałam w dole nagatyw, aby złapać kota. Na szczęście klient, który jest architektem uznał, że nie zniszczyło to zdjęcia, a jedynie je wzbogaciło. Bardzo wrażliwy facet. Macie to zdjęcie. Jeszcze jedno, dziewczynki ze zdjęcia znajdują się również na zdjęciu rodzinnym. Zrobiłam im cztery zdjęcia. Znajdziecie je tutaj na drugiej stronie.
Czy jest coś, co chciałabyś zmienić w kamerze, którą używasz?
Myślę, że wskaźniki byłyby bardzo przydatne, abym mogła wiedzieć, kiedy skończy się negatyw lub pozytyw. Czujnik, sygnalizujący, kiedy głowica nie jest prosto ustawiona. Obniżanie i podnoszenie negatywu również mogłoby być łatwiejsze. Możliwość użycia różnych obiektywów. I gdyby była jeszcze bardziej światłoszczelna, byłabym w siódmym niebie.
Czy używałaś kiedykolwiek filmu czarno-białego?
Lubię film czarno-biały, ale używany w zwykłych aparatach. Nigdy nie używałam tego typu filmu w mojej kamerze i szczerze mówiąc nie czuję takiej potrzeby.
Fotografowie których podziwiasz?
Richard Avedon, absolutny geniusz. Mary Ellen Mark, Bill Cunningham - kolejny geniusz, z pozornie tylko nieskomplikowaną twórczością. Podziwiam jego prace w coniedzielnym dodatku New York Times’a, w sekcji Styl. Fotoreporterzy. Oczywiście Diane Arbus, Sanders, Lee Friedlaner - mój prawdziwy bohater, nadal bardzo czynny twórczo. Uwielbiam albumy fotograficzne i często przeglądam sieć. Jak tylko mogę, chadzam do galerii, pomimo tego, że jestem raczej typem pustelnika. Szczególnie interesują mnie portrety, ale także zwracam uwagę na fotografię architektoniczną. To dla mnie również portrety, z tą różnicą, że przedstawiają budynki, a nie osoby.
Elsa Dorfman
Rozmowę prowadzili: Adam Szrotek i Sylwia Banasiak