WEBESTEEM | FLASH CARDS | FORUM
art & design
webesteem magazine | numery archiwalne | nr 12 | film
art & design
art & design

Biorąc
pod uwagę
liczbę corocznych premier, reżyserzy bardzo rzadko sięgają po drastyczne „ostateczne” rozwiązanie, ale robią to wszyscy, i ci słabi, i ci z absolutnej pierwszej ligi.

Ludzie

Bękarty Hollywood

 

Warto wiedzieć, kim jest Smithee, gdy napotka się film tego reżysera, bo nawet jeśli to, co zobaczymy na ekranie, uznamy za rzecz dobrą, to dysponując wiedzą „kto zacz”, będziemy wiedzieli, iż minione dwie godziny zawdzięczamy głównie panom producentom.

 

Alan Smithee (czasem podaje się błędnie brzmienie imienia – Allen lub Allan) to jedna z najbardziej tajemniczych postaci współczesnego amerykańskiego kina. Jest do tego stopnia zagadkowy, że nie jest nawet znana dokładna data jego urodzin. Pewne źródła wskazują na rok 1967, tyle że to byłoby zupełnie absurdalne – bo już w... 1969 roku pojawił się na ekranach jego pierwszy film. Oficjalnie urodził się 18 grudnia 1940 r. w Teaneck, stan Nowy Jork (według encyklopedii filmu Leonarda Maltina). Reżyser ten nigdy nie udziela wywiadów, nie pokazuje się publicznie. Nie można dotrzeć nawet do jego zdjęcia. Niby niemożliwe we współczesnym świecie, a jednak! Nikt nigdy nie sfotografował go nawet podczas pracy na planie!

Smithee bardzo często jest wykorzystywany jako „koło ratunkowe” – kiedy inny reżyser nie może podołać postawionemu zadaniu i dokończyć filmu, producenci sięgają po Smithee’ego właśnie, mając przynajmniej pewność, że projekt nie upadnie definitywnie. Poza tym kręci on sporo dla potrzeb telewizji, także teledyski (m.in. dla Whitney Houston „I Will Always Love You” i Jennifer Lopez „Waiting for Tonight”), a w kinowej fabule sięga po wszelkie gatunki. W dorobku ma nawet krwawy horror „Wysłannik piekieł 4” (1996), choć przeważnie operuje w szeroko pojętym kinie sensacyjnym.

Debiut Alana Smithee – „Śmierć rewolwerowca” („Death of a Gunfighter”, 1969) – został przyjęty bardzo ciepło i to zapewniło mu dynamiczny rozwój kariery. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że niektóre jego filmy są zupełnie słabe. Bardzo nietrafionym pomysłem było np. nakręcenie drugiej części „Ptaków” Alfreda Hitchcocka. „Ptaki 2” (1994) to film bardzo zły. Zwłaszcza, gdy zestawi się go z klasycznym pierwowzorem, wychodzą na jaw wszelkie słabości: fatalna gra aktorów (z częścią pierwszą łączy go epizodyczna rola Tippi Hedren, która grała główną rolę w obrazie Hitchcocka), miałkość scenariusza i po prostu słaby warsztat reżyserski. Zaskakuje, iż coś takiego zrobił reżyser z dużym doświadczeniem i o bogatym dorobku. Mało osób wie również, że Alan Smithee był zaangażowany w projekt „Dune” (1984). Oczywiście jego pierwotnym autorem jest David Lynch, ale Amerykanin nie zgodził się na zrobienie rozszerzonej telewizyjnej wersji swego tytułu. Wtedy pojawił się Smithee, który nie miał oporów i taką wersję zmontował.

Zwykle jest tak, że tzw. „wersja reżyserska” jest dłuższa od tego, co ogląda się w kinach. Np. Michael Cimino dla potrzeb dystrybucji kinowej zmontował swoje „Wrota niebios” w wersję trwającą ponad dwie godziny, ale w pełni zrealizował swoją wizję dopiero w czasie czterech i pól godziny – w wypadku „Diuny” było odwrotnie: Lynch nie chciał niepotrzebnie rozwlekać filmu. Jest jeszcze jeden epizod podobnej natury, z którym wiąże się nazwisko twórcy „Śmierci rewolwerowca”. Martin Brest nie chciał z kolei skrócić swego „Zapachu kobiety” (1993) i film w pełnym wymiarze 150 minut trafił do kin i na kasety, ale to Smithee jest odpowiedzialny za 90-minutową wersję tego filmu. Czasem bardzo dziwne są zachcianki producentów i telewizji, którzy raz chcą film dłuższy, a raz krótszy.

Za najlepszy film reżysera uznaje się „Pytania i odpowiedzi” (1990). To dramat policyjny, który dotyka problemu korupcji amerykańskiej policji. W rolach głównych wystąpili Nick Nolte (podobno jego honorarium za tę rolę wynosiło tylko 50 funtów) i Timothy Hutton, znaczący akcent polski nadaje autor zdjęć, Andrzej Bartkowiak. Jedyny problemem filmu to, że właściwie jego scenariusz napisał, a potem go od początku do końca wyreżyserował, ktoś inny – Sidney Lumet. Bo tak naprawdę Alan Smithee jest postacią tajemniczą dlatego, że nie istnieje. To wymyślona figura, która zastępuje nazwisko oryginalnego reżysera, gdy ten postanowi odciąć się od gotowego filmu.

Początek tej instytucji to lata 1967-69. „Śmierć rewolwerowca” faktycznie robiło dwóch reżyserów: Robert Totten i Don Siegel, a film gotowy był już w roku 1967. Obaj twórcy ze względu na dużą ingerencję w ich autorską wizję nie zgodzili się na firmowanie filmu. Wtedy pojawił się ów poważny problem. Od dawna bowiem było przyjęte, że autorem obrazu jest zawsze reżyser, nawet jeśli całkowicie jego pracę kontrolował producent. Każdy film zatem ma autora i musi być podpisany. Ale, z drugiej strony, każdy autor ma prawo nie publikować swego dzieła, gdy uzna, że jest po prostu słabe. To jest jeszcze akceptowalne w przypadku np. pisarza, który bez problemu może, powiedzmy, spalić lub wyrzucić maszynopis (rękopis), lecz przemysł (sic!) filmowy to już zdecydowanie zbyt duże pieniądze, by można było tolerować takie „fanaberie”. Nie można sobie pozwolić na to, aby wydawać na produkcję kwoty idące w miliony dolarów, a potem rezygnować z premiery i dystrybucji, gdy jeden człowiek uzna, że ten film mu nie wyszedł. Alan Smithee to remedium stosowane w takich właśnie sytuacjach. Wyjątkowo dotyczy to również scenarzystów i innych ważnych członków ekipy. Oczywiście, nie da się w ten sposób całkowicie ukryć swojego autorstwa, ale można bardzo jednoznacznie odciąć się – umyć ręce – od filmu, a to, co pozostaje po takiej operacji, jest czymś w rodzaju tytułowego „bękarta” – „niechcianego” dziecka z „nieprawego” łoża.

Decyzja Tottena i Siegela była precedensowa, ale od tamtego czasu DGA (Directors Guild of America – związek zawodowy amerykańskich twórców) ma już opracowaną procedurę postępowania w takich wypadkach. Dotyczy ona tylko członków związku, dlatego teoretycznie można sobie wyobrazić sytuację, że amerykański dystrybutor kupuje prawa do jakiegoś filmu europejskiego lub azjatyckiego, którego twórca nie należał do związku i przemontowuje go przed wypuszczeniem wedle własnego uznania. W takim wypadku już raczej nic nie można zrobić, gdyż zwykle byłoby to zgodne z umową, a DGA nie miałaby kompetencji, by w jakikolwiek sposób zareagować. Wycofanie nazwiska przez członka DGA również nie jest aż tak proste, gdyż każdorazowo musi być ono przez reżysera uzasadniane. W grę mogą wchodzić oczywiście różne kwestie, choć zwykle chodzi o tzw. prawo ostatniego cięcia. Poniżej przedstawiam kilka przykładów konkretnych spornych sytuacji.

Scenariusz (adaptację książki) „Godziny zemsty” (1999) napisał Brian Helgeland. On też wyreżyserował całość według swojej koncepcji. Do gotowego filmu producent, którym był – jednocześnie grający główną rolę – Mel Gibson chciał wprowadzić zmiany. Nie spodobało mu się kilka wątków, a ich zmiana wymagała dokręcenia nowych ujęć. Helgeland odmówił powtarzania zdjęć, ale „dokrętki” zrobiono i przemontowano film już bez jego udziału. Zaakceptował on jednak później zmiany i pozostawił swoje nazwisko. Gdyby jednak tego nie zrobił i zgłosił swój protest, DGA podmieniłaby jego nazwisko na Smithee.

Od początku realizacji „Mission: Impossible 2” (2000) było wiadomo, że to bardziej film Toma Cruise (producenta) niż Johna Woo (wynajętego reżysera). Woo od początku akceptował ten układ (mimo że drugim producentem był Terence Chang – producent prawie wszystkich filmów Woo) i dlatego nie protestował, gdy jego wersja montażowa została przez gwiazdora odrzucona. To, co mogliśmy oglądać także na polskich ekranach to w dużej mierze zasługa Stuarta Bairda, reżysera i montażysty, który dokończył film, choć już bez konieczności powtarzania zdjęć. Woo również mógł protestować i również tego nie zrobił.

Wspominane już „Pytania i odpowiedzi”. Tutaj sprawa jest jeszcze bardziej skomplikowana, gdyż film funkcjonuje równolegle jako dzieło Sidney’a Lumeta i Alana Smithee. Co różni ich wersje? Lumet nie zgodził się na całkowitą konwersje filmu z kinowego panoramicznego formatu obrazu na format telewizyjny. Podczas takiej operacji traci się prawie 1/3 powierzchni kadru znajdującej się po obu stronach ekranu. Uznał, że misterne ustawienie aktorów w wielu scenach zostanie zburzone i może to nawet naruszyć relacje między bohaterami. W praktyce wygląda to mniej więcej tak, że jeżeli w kinie widać dwie postaci stojące twarzą w twarz po przeciwnych stronach ekranu, to w telewizji albo będziemy widzieli tylko nosy obu, albo któregoś z nich w całości, a drugiego wcale. Nie trzeba chyba mówić, iż ma to kapitalne znaczenie. Tak więc wersja z obrazem panoramicznym sygnuje Lumet, a telewizyjnym Smithee. W telewizji (także polskiej) i tak częściej można zobaczyć ten film tak jako dzieło (i to bardzo udane dzieło) Sidney’a Lumeta.

„Gorączka” (1995, reż. Michael Mann). Mann co prawda był zadowolony ze swojego filmu – podobnie producenci, wytwórnia, krytycy i widzowie, a coś takiego nie zdarza się często – ale znalazł się jednak ktoś, komu film nie do końca odpowiadał. Tą osobą, a właściwie osobami, było szefostwo stacji telewizyjnej NBC. Ci „specjaliści” uznali, że film jest jednak za długi (159 minut) i nie miało dla nich znaczenia, iż podczas seansu „Gorączki” nawet przez moment nie ma się ochoty popatrzeć na zegarek, bo wciąga ona od pierwszej do ostatniej minuty. No ale trwa 159 minut... Dodać do tego reklamy i robi się cała wieczność! To bardzo podobna sprawa do zamieszania z „Zapachem kobiety” Bresta. Mann poprosił o zgodę na wycofanie swego nazwiska, ale tylko jako reżysera. Pozostał jako autor scenariusza, a na końcu pozostała informacja „A Film by Michael Mann”. W późniejszych wywiadach twierdził, że zdecydował się na ten krok, ponieważ ingerencja zniszczyła „narrację i integralność filmu”.

Mann powiedział, dlaczego skorzystał z pseudonimu Smithee. W zasadzie jednak reżyserzy nie mogą tego robić, gdyż jest to jeden z warunków stawianych przez DGA. Tony Kaye, twórca filmu „American History X” (1998), szeroko wypowiadał się o konflikcie z producentami na łamach „Variety” i nie uzyskał zgody na zastąpienie swego nazwiska. Wytwórnia New Line Cinema poprosiła Edwarda Nortona, który grał główną rolę i był gwiazdą filmu, aby go przemontował. Dostał jednak dokładnie wskazówki, że ma to zrobić tak, by... sam dłużej był obecny na ekranie. Kaye nawet pozywał DGA i NLC, żądając dwustu milionów dolarów odszkodowania za pogwałcenie swoich praw.

***

W sumie, biorąc pod uwagę liczbę corocznych premier, reżyserzy bardzo rzadko sięgają po drastyczne „ostateczne” rozwiązanie, ale robią to wszyscy, i ci słabi, i ci z absolutnej pierwszej ligi. Wspomniani zostali już Siegel, Lynch, Brest i Lumet, a jako Smithee występowali także Stuart Rosenberg (film „Let’s Get Harry” z 1986), John Frankenheimer („Riviera” z 1987) i Dennis Hopper („Iskierka” z 1989). Skąd wziął się w ogóle taki a nie inny alias? Właśnie od „The Alias Men” – „Alan Smithee” to anagram tego wyrażenia. W wydanej w roku 1993 w Londynie książce Dona Siegela „A Siegel Film” autor wspomina, że po sukcesie „Śmierci rewolwerowca”, której on sam się niejako wyparł, doradzał on młodym reżyserom (z przymrużeniem oka oczywiście), by zmienili nazwisko na Smithee i w ten sposób mogli z miejsca mieć jeden dobry film w dorobku. Specjalnie wybrano brzmienie z podwójnym „e” na końcu, aby wykluczyć możliwość, że kiedykolwiek pojawi się ktoś, kto mógłby mieć podobnie brzmiące prawdziwe nazwisko. Film Siegela i Tottena to jednak chlubny wyjątek, gdyż zwykle takie tytuły są słabe. Najlepszym tego przykładem są wspominane „Ptaki 2” (w rzeczywistości reżyserowane przez Ricka Rosenthala) lub „Dreszczowiec”, którego akcja rozgrywa się na pokładzie łodzi podwodnej uwięzionej pod lodami Arktyki, „Pełne zanurzenie” (1997, reż. Gregg Champion). Te filmy lepiej omijać bardzo szerokim łukiem lub podchodzić do nich bardzo nieufnie. Do tej pory tylko jeden reżyser wycofał swoje nazwisko więcej niż jeden raz. Jest nim Jud Taylor i filmy „Fade-In” (1968) oraz „City in Fear” (1980). Przy tym pierwszym po raz drugi po „Śmierci rewolwerowca” zastosowano nowe prawo. W sumie około pół setki filmów kinowych, telewizyjnych i odcinków seriali (także „kultowego” w Polsce „MacGyvera”) przypisywanych jest Alanowi Smithee. „Wysłannika piekieł 4”, którego autorstwo nie zostało jeszcze przeze mnie rozszyfrowane, reżyserował znany hollywoodzki spec od efektów specjalnych Kevin Yagher.

Po roku 1997 wydawało się, że ten pseudonim nie będzie już mógł być używany, gdyż scenarzysta Joe Eszterhas (m.in. „Nagi instynkt” i „Jade”) postanowił napisać o Alanie Smithee film. Powstała parodystyczna komedia „Alan Smithee Film: Burn Hollywood Burn”, który wyreżyserował (nie, nie Smithee, choć oczywiście tak – bo jakżeby inaczej! – obraz podpisano) Arthur Hiller, a główne role zagrały trzy wielkie gwiazdy: Whoopi Goldberg, Sylvester Stallone i Jackie Chan. To opowieść o reżyserze (Alanie Smithee... – w tej roli Eric Idle, jeden z członków legendarnej grupy Monty Python), który ma ciągłe problemy z producentami i aktorami, gdyż każde z wymienionej gwiazdorskiej trójki gra w jego filmie i każde chce być najważniejsze. To wiąże się z ciągłymi zmianami scenariusza i niekończącymi się zdjęciami. „Burn Hollywood Burn” przeszedł jednak właściwie bez echa. A między nami mówiąc, jest on, jak większość filmów Smithee, również słaby (tak słaby, że w był uznany za jeden z najgorszych produkcji roku). Przypuszczano jednak, że komedia ta „zabije” Smithee. Lecz, mimo to, pseudonim jest nadal stosowany. Gdyby Smithee „umarł” mielibyśmy do czynienia z sytuacją, w której można by rozpatrywać jego filmografię tak, jak gdyby ktoś taki faktycznie żył i tworzył w latach 1940-1997. Jednak po filmie Hillera i Eszterhasa następny „bękart” pojawił się już w roku 2000 i mniej więcej w tempie jednego rocznie dochodzą kolejne. Nie wiadomo, czy Hollywood znajdzie nowego ojca dla swoich „bękartów”, które na pewno zawsze jeszcze będą się zdarzać. Różni reżyserzy czasem stosują inne pseudonimy, np. ostatnie kinowe wcielenia „Aniołków Charliego” (2000 i 2003) wyszło spod ręki niejakiego „McG” (pod tym szyfrem kryje się Joseph McGinty Nichol), ale taka praktyka nie ma na celu odcięcia się twórcy od filmu, a wręcz przeciwnie.

Warto wiedzieć, kim jest Smithee, gdy napotka się film tego reżysera, bo nawet jeśli to, co zobaczymy na ekranie, uznamy za rzecz dobrą, to dysponując wiedzą „kto zacz”, będziemy wiedzieli, iż minione dwie godziny zawdzięczamy głównie panom producentom. A tak naprawdę, to w przemyśle filmowym jest niestety dokładnie tak samo jak w życiu: film dobry zawdzięczamy wielu osobom, m.in. producentom, ale zły tylko jednej: małemu, biednemu artyście – reżyserowi.

Sebastian Żurowski

art & design
webesteem magazine | nr 12 webesteem magazine is a part of webesteem.pl  |  copyright © 2001-2005 webesteem.pl  
art & design