WEBESTEEM | FLASH CARDS | FORUM
art & design
webesteem magazine | numery archiwalne | nr 13 | prezentacje
art & design

Wywiad

Ray Caesar

english version »»



Autoportret

Ray Caesar

Ray Ceasar urodził się w Londynie w 1958 roku. W roku 1967 wyemigrował do Toronto, w Kanadzie. Tam w latach 1976-1980 studiował na Wyższej Uczelni Artystycznej w Ontario.

Przez 17 lat pracowałem jako artysta medyczny na Wydziale Sztuki i Fotografii w Szpitalu dla Chorych Dzieci w Toronto. Tego typu praca polega na rejestracji wszelkich możliwych przypadków medycznych: od maltretowanych dzieci, poprzez chirurgię plastyczną do heroicznych dzieci, zmagających się z rzuconymi im przez życie wyzwaniami.

Przepracowałem wiele lat nad tworzeniem medycznej i technicznej dokumentacji, rysunków, fotografii przedstawiających ogromny sprzęt medyczny otaczający przedwcześnie narodzone niemowlęta. Zajmowałem się także projektowaniem wizualnych pomocy dla dzieci z porażeniem mózgowym oraz wykonywaniem rysunków dokumentujących doświadczenia przeprowadzane na zwierzętach.

Te ostatnie są dla mnie szczególnie drastyczne. W swoich snach często powracam do szpitalnych korytarzy i bez najmniejszego wątpienia, żyję teraz swoimi snami, dla tych , ktorzy nie mieli szansy, aby żyć swoimi.

Wydaje mi się, jak najbardziej stosownym tworzenie prac przy pomocy komputera w świecie głębi, szerokości i wysokości. Jestem zafascynowany ideą, że ta trójwymiarowa przestrzeń istnieje jako inna rzeczywistość, nawet po wyłączeniu komputera. Dręczy mnie fakt istnienia tej przestrzeni w jej matematycznym prawdopodobieństwie i skłania mnie to do przekonania, że przestrzeń, w której obecnie żyjemy niczym się od niej nie różni. Mieszkam w Toronto w małym ceglanym domu razem z żoną i psem/kojotem Bonnie.




© 2005 Ray Caesar


© Ray Caesar

Tłumaczenie: Sylwia Banasiak
 

Wywiad: Ray Caesar


By Adam Szrotek & Sylwia Banasiak

Opowiedz, jak zaczęła się Twoja przygoda ze sztuką.

Jako dziecko rysowałem i rzeźbiłem w plastelinie. Pamiętam także układanie historyjek, w których wykorzystywałem lalki należące do moich sióstr - używałem folii cynowej do przekształcania części ich ciał. Jestem bardzo przywiązany do wspomnień z dzieciństwa, kiedy to siedziałem samotnie w pokoju, otoczony dużym asortymentem materiałów i narzędzi. Wśród nich znajdował się między innymi sztywny papier z opakowań po rajstopach mojej mamy. Wykręcałem ten papier i przy pomocy zszywacza i taśmy klejącej tworzyłem dziwne konstrukcje. Miałem ogromną kolekcję szarej plasteliny i wpadłem kiedyś na pomysł, aby wykorzystać ją do oblepienia piłki nożnej. W ten sposób powstała "głowa Frankensteina". Następnie stare ciuchy wypchałem gazetami. Tak powstałą ludzkich rozmiarów postać, położyłem na swoim łóżku i poszedłem roznosić gazety. Kiedy wróciłem do domu, mój ojciec był nieźle wściekły. Dla mnie to było strasznie zabawne, dla niego nie. Przez wiele lat robiłem podobne żarciki i jakieś czterdzieści pięć lat poźniej przyszło mi do głowy, że być może przez niektórych taka działalność jest postrzegana jako sztuka. Ja nadal nie nazywam tego, co robię sztuką. Jest to coś, co po prostu lubię robić i tak właśnie bym to zdefiniował.

Czy tworzyłeś w epoce przed komputerowej? Jeśli tak, czy posiadasz jakieś prace z tego okresu?

Spora część mojego życia przypadła na czasy przed komputerowe - dobiegam już pięćdziesiątki. Mam w swojej kolekcji sporo prac, szkicowników i pamiętników, wykonanych w różnych technikach. Są to oleje, akryle, prace wykonane tuszem, rzeźby zrobione z różnych materiałów. Niektóre wiszą u mnie w domu, sporo zniszczyłem, inne poupychałem po kątach. Większość z nich jest bardzo małych rozmiarów i są dla mnie bardzo osobiste. Nie powstały jako prace na sprzedaż i tak naprawdę nigdy ich nie prezentowałem. Są dla mnie swoistym rodzajem osobistego dziennika lub ilustracją wydarzeń świadomych i podświadomych aspektów mojego życia. Wielokrotnie powracałem do tej samej tematyki i wiele wcześniej wykorzystanych elementów, pojawiło się w moich aktualnych pracach.

Jak sądzisz, czy odniósłbyś sukces bez udziału komputera?

Nie mierzę sukcesu w takich kategoriach. Spokojna twórczość jest swoim własnym sukcesem. Przyczynanie się do niszczenia i bólu innych uważam za porażkę i upadek. Praktycznie przez całe życie pracowałem w kreatywnych zawodach, obywając się często bez pomocy komputera. Traktuję komputer jako środek, przy pomocy, którego mogę stworzyć obrazy, jątrzące się w mojej głowie od czasu moich pierwszych, dziecięcych prób. Wierzę, że wszelkie próby, podejmowane w procesie twórczym mają charakter pozytywny. Te właśnie próby są dla mnie miarą sukcesu, a niekoniecznie sam rezultat. Myślę, że chęć tworzenia zmusza nas do korzystania z narzędzi, które mamy pod ręką. Potrafię rysować, malować i rzeźbić, równie dobrze jak robię to przy pomocy komputera. Gdybym nie potrafił tworzyć w technikach tradycyjnych, przypuszczam że nie byłbym w stanie zrobić tego na komputerze. Każdy, kto sądzi, że komputer pozwala na tworzenie lepszych prac, moim zdaniem, nie potrafi używać innych narzędzi. Wizje pochodzą z wnętrza, a narzędzia pozwalają je stamtąd wydobyć.

Wiemy, że pracowałeś w Szpitalu dla Chorych Dzieci w Toronto. Opowiedz o tej pracy.

Przez 17 lat pracowałem w charakterze artysty medycznego w departamencie fotograficznym. Moja praca polegała na tworzeniu szerokiego zasięgu grafik, materiałów informacyjnych i naukowych oraz przygotowywaniu wystaw. Wydział, w którym pracowałem zajmował się dokumentacją wszelkiego rodzaju rzeczy i wydarzeń, które miały miejsce w jednym z największych dziecięcych szpitali na świecie. Tego typu praca, doświadcza na wiele sposobów: jednego dnia drukujesz zdjęcia maltretowanego dziecka; drugiego dnia studiujesz przewody i rurki podtrzymujące przy życiu wcześniaki. Dzięki temu jesteś w stanie wykonać techniczny schemat, służący pielęgniarkom jako pomoc edukacyjna. Możesz współpracować z neurochirurgiem, w celu stworzenia animacji kriogenicznego zabiegu usunięcia guza mózgu lub spędzić dzień w laboratorium badawczym, pracując nad wykresem ilości insuliny zużytej na zwierzętach doświadczalnych.

Dlaczego już tam nie pracujesz? Jak emocjonalnie trudna była ta praca?

Jak wielu ze szpitalnych pracowników, myślałem, że wszystko już widziałem i nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Sądziłem również, iż udało mi się zbudować solidny pancerz, który uodpornił mnie na niesprawiedliwości człowieka i natury. Okazało się jednak, że byłem w błędzie, kiedy to pewnego dnia obejrzałem serię zdjęć sądowych, które powaliły mnie na kolana. Krótko po tym odszedłem. Myślę, że to, co zobaczyłem w jakiś sposób było dla mnie wyzwaniem do rozpoczęcia nowej podróży. Być może dzieki temu, zrozumiałem emocjonalną potęgę, która może tkwić w pojedynczym obrazie. Szpitale dziecięce i szpitale w ogólności, są niejednokrotnie miejscem smutku, ale także miejscem niestrudzonych cudów, które są testamentem wspaniałych ludzi, pracujących nad przyniesieniem ulgi i zakończeniem cierpienia innych.

Twoje prace są przesiąknięte samotnością i cierpieniem. Czy to się kiedyś skończy?

Nie widzę tego w ten sposób. Z pewnością jest wiele wizualnych sygnałów, sugerujących samotność i cierpienie, ale ja sam jestem zbyt wielkim optymistą, abym mógł na to pozwolić. Swoje postaci widzę jako spokojne, pozbawione strachu, z ukrytą bystrością a nawet humorem. Wydaje mi się, że są szczęśliwe i w jakiś sposób wymagają od nas, abyśmy odbierali je, takimi, jakimi są. Bez wzdrygania się. Widzieć je bez projekcji własnych obaw i lęków. Tam, gdzie inni widzą samotność, ja widzę spokój i błogostan. Tam, gdzie niektórzy widzą cierpienie lub ból, ja widzę wyjątkową wiedzę sparzoną ogniem oraz specjalne wezwanie, aby to cierpienie przezwyciężyć. Zdolność do zaakceptowania różnicy i wyzbycia się wszelkich obaw. Jak moje własne, małe niebo stworzone dla jakiejś pomarszczonej duszy, ukrytej w pokojach mojej pamięci. Być może oglądając to niebo, nie jest ono tym, co w nim widzimy, ale tym, co chcemy w nim widzieć.

Czy uważasz, że życie jest bardziej "prawdziwe", kiedy towarzyszy mu ból?

Nie! Zdecydowanie nie. Częściej myślę o cierpieniu innych niż swoim. Empatia jest dla mnie bardzo ważna, a także pozbywanie się wszelkich form nienawiści i zastępowanie jej miłością i zrozumieniem. Wierzę, że musimy rozwinąć w sobie więcej życzliwości i nie pozwolić, aby paraliżował nas strach i aby ten strach powodował nienawiść. Myślę, że powinniśmy zauważać rzeczy, jakie muszą znosić inni i ta wiedza na temat cierpienia innych powinna zachęcić nas do zrozumienia naszych własnych lękow. Być w stanie spoglądać na to, co jest inne, a nie odwracać się z politowaniem, odrazą, czy strachem. Sądzę, że każdy z nas jest zupełnie czymś innym, od tego, co widzimy w lustrze. Postaraj się, np. zamknąć oczy i poczuć niezwykły kształt swojego duchowego ja; rezultaty mogą cię zaskoczyć. Każdego dnia staram się przezwyciężyć wyzwania związane z bólem, strachem i nienawiścią. Wierzę, że tego właśnie doświadczyłem pracując przez te wszystkie lata w szpitalu:od chorych dzieci, zatroskanych rodziców, widoku lekarzy, chirurgów i pielęgniarek - niestrudzoną ludzką wolę próbującą przezwyciężyć przeciwności losu. To właśnie czyni życie bardziej prawdziwym.

Gdzie nauczyłeś się używać oprogramowania 3D?

Korzystam z niego od jakiś dziesięciu lat. Wygląda to w moim przypadku, jak skakanie przez płotki. Staram się opanować ten program, w takim stopniu, aby korzystanie z niego było czymś jak najbardziej naturalnym, wręcz spontanicznym. Cały czas się uczę, jest to proces nieskończony - nie jest to narzędzie statyczne, wiecznie się zmienia.

Wielu traktuje grafikę 3D jako ułomną w odzwierciedlaniu rzeczywistości. Jaki jest Twój stosunek do tej opinii?

To jest medium, w którym pracuję i nie przeszkadza mi taka opinia. Rzeczywistość, którą prezentuję, nie jest odzwierciedleniem konwencjonalnej rzeczywistości. Czy sen lub stan emocjonalny traktujemy jako rzeczywistość, czy raczej iluzję? Staram się zobrazować pewien emocjonalny, podświadomy stan, nastrój lub uczucie, którego nie potrafię przedstawić za pomocą słów, dlatego tworzę trójwymiarowy model i postać. Ten program stał się moim narzędziem, ponieważ posiada nieskończone możliwości, nie w kwestii tego, co potrafi zrobić, ale czym może się stać.

Jaki moment procesu twórczego, uważasz za najbardziej trudny. Czy są rzeczy, które chciałbyś ulepszyć?

Zwalczyć swoje negatywne nastawienie i móc tworzyć bez strachu. Pracuję nad tym każdego dnia.

Kiedy pracujesz nad twarzą postaci, czy jest ona odzwierciedleniem autentycznej postaci?

Mnie i mojej żony Jane. Właściwie staram się stworzyć twarz, która jest kombinacją naszych twarzy i ich tekstur. Większość moich prac, to nasze portrety, kiedy byliśmy dziećmi. Jesteśmy razem od ponad trzydziestu lat. Poznałem ją, kiedy miałem piętnaście lat. Wiele z moich prac to także odzwierciedlenia mojej matki i siostry, które nawiedziły mnie pośmiertnie jako dzieci.

Ile czasu spędzasz nad zrobieniem jednej pracy?

Kiedy pracuję, czas dla mnie nie istnieje. Od wielu lat nie noszę zegarka i posiadam reputację osoby, która nie ma pojęcia, jaki aktualnie mamy miesiąc czy rok. Czasami potrzebuję trzech dni, innym razem trzech tygodni, a zdarza się nawet, że i trzech miesięcy.

Czy Twoja sztuka Cię w jakiś sposób oczyszcza?

W pewnym sensie wygrzebuję rzeczy ze swojej przeszłości, podświadomości i marzeń sennych, ale towarzyszy mi także poczucie budowania i kreaowania czegoś nowego. Przyjemność nie pochodzi z oczyszczania lub wyzbywania się rzeczy, ale z tworzenia czegoś absolutnie nowego. Motywacja mojej pracy pochodzi z potrzeby zrobienia czegoś, co jest namacalnie doświadczalne, w co mogę tchnąć życie. Brzmi trochę jak Frankenstein, prawda?

Czy pamiętasz swój ostatni sen?

Zawsze pamiętam swoje sny, każdy szczegół. Minionej nocy, znajdowałem się w niezwykłej sali, bądź budynku, z otworzonymi, ogromnymi oknami, za którymi znajdowało się pogrążone we śnie starożytne miasto. Były to czasy biblijne, prawdopodobnie Egipt lub Jeruzalem. Byłem księdzem, na sobie miałem długą szatę. Pamiętam, że szedłem przez ciemne korytarze tej wspaniałej budowli. Nagle znalazłem się w pokoju, gdzie przyglądałem się powykręcanemu ludzkiemu sercu, które było obwiązane sznurkiem i kształtem przypominało Ankh (Egipski symbol życia, bardziej znany jako krzyż chrześcijański). Leżało w kamiennej misce, w płytkiej kałuży krwii. Podświadomie czułem, że to ja byłem twórcą tego amuletu. Pamiętam to dobrze, ponieważ obudziłem się z krzykiem, co obudziło moją żonę, która zapytała: "Na litość boską Ray! Czy zawsze musisz tak krzyczeć, kiedy śnisz?" Istnieje głęboka, podświadoma część, będące częścią mojej osoby, która opowiada mi historie każdej nocy. Uwielbiam ich słuchać, nawet jeśli są troszeczkę przerażające.

Ray Caesar
Rozmowę prowadzili: Adam Szrotek i Sylwia Banasiak

 

english version »»

Ray Caesar

art & design
webesteem magazine | nr 13 webesteem magazine is a part of webesteem.pl  |  copyright © 2001-2005 webesteem.pl  
art & design