WEBESTEEM | FLASH CARDS | FORUM
art & design
webesteem magazine | numery archiwalne | nr 13 | komiks
art & design

Recenzja

Piotr Sawicki

Esencja. Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona



Esencja : okładka

Esencja. Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona


  • Scenariusz: Grzegorz Janusz
  • Rysunki: Krzysztof Gawronkiewicz
  • Wydawca: Mandragora
  • Recenzja: Piotr Sawicki
 


Esencja
Piotr Sawicki

Przenośnia z dorysowaną poezją


 

Może nie jest właściwe mówienie o artyście, który daje nam wszelkie powody, byśmy byli z niego dumni, że jest „za dobry”. Jednak lektura komiksów z rysunkami Krzysztofa Gawronkiewicza skłania nieraz do takiego właśnie poglądu na jego temat. Bredzenie? Być może. Jeśli któryś z naszych młodych grafików doprowadził swój talent do formatu światowego, to jest nim właśnie Gawronkiewicz. Co ma znaczenie tym większe, że w odróżnieniu od innych zdolnych, którzy tkwią w letargu, nie boi się on ryzyka, jakie wiąże się z narysowaniem pełnowymiarowego albumu fabularnego. Rzuca się na głęboką wodę i odnosi sukcesy: ubiegłoroczne peany na cześć „Achtung Zelig!”, prestiżowa francuska nagroda Glénata dla „Esencji”, która zarazem zdobyła frankoński rynek, a w chwili obecnej zdobywa także polski.

Tryumfy zasłużone: Gawronkiewicz wybitnym grafikiem jest. I na tym właśnie polega kłopot z tym artystą: jest on po prostu zbyt dobry, jak na warunki scenarzystów, z którymi pracuje; swoim talentem genialnie zwodzi, dopowiada; poezja i dramatyzm jego rysunków często pokrywają niedostatki tekstu w tym zakresie. Przypomina to gatunek pieśni popularny w XIX wieku, kiedy to znakomity kompozytor, jak choćby Schubert, brał do rąk przeciętną poezję i – pisząc do niej genialną muzykę – uszlachetniał ją. Tak samo Gawronkiewicz uszlachetnia swoimi ilustracjami półmroczne myślowo scenariusze, tułające się po fabułach zaczątki idei rozwija w wizualne spektakle tak bogate, że zapewne nie śniło się o nich nawet autorom tekstów. Wymyka się poglądowi – wygłoszonemu ongiś przez Jerzego Szyłaka – że komiks to „opakowanie z opowieścią w środku”; niesforny Gawronkiewicz pozostawia fabułę daleko w tyle, wie, ze jeśli nie obdarzy komiksu własnym życiem, to będzie on martwy. Podobnie jest u nas chyba tylko z Mateuszem Skutnikiem (który z kolei sam sobie pisze scenariusze): gdy czytam np. „Rewolucje”, za diabła nie wiem, co to, o czym to i po co to, i w ogóle niewiele wiem, poza jednym: że to genialne, osobiste i poetyckie. Oczywiście w odróżnieniu od kameralnych plansz Skutnika, plansze Gawronkiewicza są potężne i epickie, ale stosunek grafiki do tekstu podobny: obraz uzupełnia to, czego scenariusz nie potrafi lub nie chce powiedzieć. Jeżeli za przykład komiksu najgorszego z najgorszych uznamy taki, gdzie sytuacja jest odwrotna – tzn. gdzie tekst w ramce dubluje zawartość obrazka, który jest zbyt wątły znaczeniowo, by mógł się wypowiedzieć sam przez się (tak było w wielu komiksach sprzed 20 lat, u nas np. w „Żbikach”), wtenczas dzieła Skutnika i Gawronkiewicza wypadałoby uznać za przykłady komiksu najlepszego z najlepszych. Ocenianie ich pod kątem fabuły równałoby się ocenianiu opery pod kątem libretta. Niezupełnie jednak: zachwianie równowagi między tekstem a obrazkiem, nieważne czy w jedną czy w drugą stronę, nie jest dobre jako styl dominujący w komiksie, (będącym – jakby nie patrzeć – sztuką syntezy) i sprawdza się tylko w wypadkach szczególnych. Sprawdziło się w „Arkham Asylum” Morrisona i McKeana. Sprawdza się w „Rewolucjach” Skutnika. Nie sprawdziło się w „Achtung Zelig!”. Sprawdziło się w „Esencji”.

Dlaczego nie sprawdziło się w „Zeligu”? Bo już dobór tematu w tym komiksie (II wojna światowa i holokaust) przerzucał niejako ciężar na barki scenarzysty: wymagał adekwatnej powagi, inteligencji, umiejętności wyciągania wniosków z historii. Tymczasem Rosenberg nie wyszedł poza krotochwilę; wprawdzie rysunki Gawronkiewicza wzbogaciły tę krotochwilę o nastrój czarnej fantasmagorii – ale i na tym się skończyło. Z komiksu wynikało, że wojna to zło i koszmar – a więc nic oryginalnego, pomimo fantastycznych konotacji. Wartość strony graficznej uzupełniała luki emocjonalne scenariusza, ale już myślowych nie jest w stanie pokryć. Bo Gawronkiewicz to świetny kreator nastroju, nie intelektualista. W rezultacie tego dysonansu kulawych myśli i wielkich emocji „Zelig” pozostaje ambitną porażką, zapewne jednym z najwybitniejszych nieudanych komiksów jakie istnieją.

„Esencja” jest wypadkiem szczególnym z tego powodu, że tu anegdotyczny scenariusz Grzegorza Janusza nie jest obarczony wielkim tematem, zarazem ma charakter przenośni, która dopiero dzięki wkładowi Gawronkiewicza stała się przenośnią poetycką. Spróbujmy go streścić.

Komiks otwiera scena pogrzebu. Kondukt kroczy jednym z warszawskich mostów, niosąc zwłoki Aptekarza. W pierwszym rzędzie konduktu idzie mężczyzna z białym szczurem w kieszeni; z czarno odzianego tłumu wyróżnia go kremowy prochowiec – oto główna postać opowieści, prywatny detektyw Otto Bohater. Przy okazji dowiadujemy się, że zmarły Aptekarz był „genialnym tłumaczem” i że „zamieniał związki frazeologiczne w związki chemiczne”. Potrafił przepuścić dzieło literackie przez specjalistyczną maszynerię i zamienić w płyn, którego wypicie równało się lekturze, to znaczy zaznajamiało z treścią utworu.

Po prologu zaczyna się właściwa akcja. Do biura Bohatera przychodzi starszawy pan, któremu umarł brat-bliźniak. Teraz już życie nie ma dla niego wartości; zleca Bohaterowi wykrycie przyczyny śmierci brata, bo pragnie umrzeć w taki sam sposób. Po kilku perypetiach Bohater znajduje przyczynę tego i wielu innych przypadków nagłej śmierci, mających miejsce w różnych zakątkach świata: kartka, na której znajduje się, zapisana w kilku zdaniach, esencja bytu czy – jak kto woli – sens życia. Kto przeczyta jej zawartość ten wie już wszystko – nie musi dłużej żyć, pada więc na ziemię bez ducha ale oświecony, o czym świadczy błękitne światło promieniujące z jego oczu po śmierci. W każdym razie kartka krąży między ludźmi siejąc pomór – jak kaseta wideo w filmie „Krąg”, jak „najśmieszniejszy dowcip świata” w słynnym skeczu Monthy Pythona... Odczytał ją również Otto Bohater, ale – o dziwo – przeżył: po prostu nie zrozumiał treści. Po spełnieniu życzenia starszego pana (który na widok kartki oczywiście pada trupem), Bohater korzysta z maszynerii Aptekarza aby zabójczo mądrą treść ulotki skroplić w materialną ciecz i raz na zawsze ukryć przed światem. Niestety – gdy wszystko już zrobione, szczur Watson trąca naczynie wypełnione błękitnym płynem i cała esencja wylewa się do kanału. Niebawem przeniknie do wody pitnej. „Przeżyją tylko ci, którzy nie rozumieją” – kończy historię Otto Bohater. Tyle anegdota.

Zabójcza ulotka symbolizuje religię, ideologię sekciarską, która obietnicą wytłumaczenia spraw ostatecznych pochłania każdego nieodpornego, naiwnego i rozpaczliwie szukającego. Jej ofiarami są mieszkańcy stron świata, w których króluje fundamentalizm religijny: z Iranu, Indii, Arabii. W Warszawie zaś księża, starsi ludzie i wrażliwi na bodźce myślowe studenci filozofii. Jej ekspansywny i komercyjny charakter podkreśla obecność bilboardów na murach miasta, zachęcających: „Odkryj sens życia”. Tyle przenośnia.

Niestety, wiele ciekawych pomysły scenariusza rozmywają się w niejasnościach. Ochronę przed zgubnym wpływem „prawdy objawionej” stanowi tutaj sceptycyzm, a właściwie ignorancja polegająca na odmowie zrozumienia. No dobrze, ale dlaczego właśnie to, a nie racjonalny krytycyzm? Jeżeli Bohater po przeczytaniu zabójczej ulotki stwierdza ze zdumieniem, że zawiera ona bełkot, to dlaczego scenarzysta nie zaznajamia nas z tokiem myślowym, który doprowadził bohatera do takiej konkluzji? Możliwe zresztą, że żadnego toku myślowego nie było, ale w takim razie nie świadczy to dobrze ani o Bohaterze ani o konsekwencji scenarzysty. Z wszelkimi mądrościami, wciskanymi nam jako „prawdy objawione” należy walczyć przez ich obalanie, a nie ucieczkę ku mechanicznej negacji w stylu „nie rozumiem”, „nie czuję”, „nie mam nic wspólnego”. Tymczasem z komiksu wynika, że ktoś, kto nie poddaje się ideologicznemu zgłupieniu, jest takim samym ciemniakiem jak ten, kto się poddaje – tylko że ciemniakiem w przeciwną stronę. Żaden z nich nie używa rozumu.

Pozostałe niejasności scenariusza – tam, gdzie Janusz nie zajmuje stanowiska w żadnej sprawie – są nawet sympatyczne. Na przykład – dlaczego „Władca much” po skropleniu w maszynie Aptekarza ma przykrą woń? To akurat jeszcze można tłumaczyć przykrą wymową powieści Goldinga, ale czemu w takim razie „Przypadki Robinsona Cruzoe” śmierdzą po skropleniu „jak cap”? Niewiadomo.

Niektóre fragmenty „Esencji” to perły humoru. Zabawnie nakreślone są sylwetki postaci, stylistyczne podkreślenie paralelizmu stylu życia Bohatera i ubogich studentów filozofii, specyficznie komiczne są dialogi. Gdyby jednak tak napisany scenariusz dostał się w ręce grafika mniej samodzielnego, bardziej nastawionego na przeźroczystość i wiernie ilustrującego tekst, byłaby to tylko graficzna anegdotka zamykająca się w powyższym streszczeniu i kilku wypełniających ją mniej lub bardziej zabawnych pomysłów. Rzecz figlarna i może ciekawa, ale nie na tyle, aby można ja było fetować jako wydarzenie. Tymczasem Gawronkiewicz tchnął w ten zlepek nieożywionych pomysłów życie, choć może nie tak należałoby nazwać atmosferę szarzyzny, którą przesycone są jego plansze. Kolorystyka wyblakła, bura, trupio-fioletowa bądź trupio-zielona, ale nigdy żywa; Bohater idący ulicą w deszczową pogodę, zgarbiony, o sylwetce pałąkowatej, z głową przykrytą torbą, spod której wychyla się nos szczura. Czerń konduktu pogrzebowego sunącego długim mostem przecinającym zielonkawobrązową rzekę. Bohater biegnący kanałem, nie widzący leżącego kilka metrów dalej, w pierwszym planie, upiornego szkieletu syrenki warszawskiej. Choć mroczną urodę szaty graficznej „Esencji” trudno powiązać z klimatem scenariusza – zanadto żyje ona własnym życiem – to przecież podnosi komiks wzwyż i poniekąd rehabilituje mielizny treści. Wnosi bowiem treści własne, cóż, że nie związane za bardzo z tekstem.

Swoją drogą zastanawiam się, jak wyglądałby komiks narysowany przez Gawronkiewicza do wybitnego scenariusza. Czy ten rysownik byłby w ogóle w stanie poddać się wymogom dramaturgii, czy nie ucierpiałaby na tym jego indywidualność? Może kiedyś się o tym przekonamy...

Piotr Sawicki

Esencja. Przebiegłe dochodzenie Ottona i Watsona

Piotr Sawicki

art & design
webesteem magazine | nr 13 webesteem magazine is a part of webesteem.pl  |  copyright © 2001-2005 webesteem.pl  
art & design