WEBESTEEM | FLASH CARDS | FORUM
art & design
webesteem magazine | numery archiwalne | nr 13 | film
art & design
art & design

Poszczególne
odcinki serialu
"Alfred Hitchcock przedstawia" też nie były arcydziełami, ale były zgrabnymi historyjkami kryminalnymi z zaskakującym finałem. I tyle.

Ludzie

Hitch 2
czyli Hitch powraca albo Hitch-ów dwóch

 

Powszechnie znane są reguły, według których seryjnie powstają tzw. sequele. W drugiej – i każdej kolejnej – części popularnego filmu musi być po prostu „więcej”. W zależności od gatunku: więcej akcji, humoru, seksu. Tak naprawdę wszystkiego jest więcej, a widzowie i tak sobie uważają, że nie ma jak „jedynka”.

 

Rzeczywiście zwykle jest tak, że część pierwsza jest najlepszą z całego cyklu, ale na szczęście nie jest tak zawsze. W tym momencie praktycznie każdy automatycznie poda przykład „Ojca chrzestnego” Francisa Forda Coppoli, którego ciąg dalszy generalnie miał jeszcze lepsze recenzje i nawet dostał Oscara. Jednak to jeden z nielicznych wyjątków i lepiej chyba przyjąć, iż obie części są po prostu równie dobre (w przeciwieństwie do odstającej poziomem „trójki”). Być może powodem takiej a nie innej sytuacji jest to, że pierwszy pomysł często kiełkuje w głowach twórców kilka czy nawet kilkanaście lat. Jest zatem dobrze przemyślany i dopracowany. Potem pracuje się już pod presją czasu i na dodatek tylko po to, by „odciąć kupony” od pierwszego sukcesu. Dowodem tego niech będzie łatwa do przeprowadzenia obserwacja, że rzadko kiedy ciągi dalsze kręcą ci sami reżyserzy, a tę samą rolę w następnym filmie może grać już ktoś inny (np. rolę Jodie Foster z „Milczenia owiec” w „Haninalu” zagrała Julienne Moore). Po dalsze i dużo bardziej dokładne informacje na temat sequeli odsyłam do filmów „Krzyk 2” i „Krzyk 3” Wesa Cravena. Znakomicie bawi się on w nich konwencją „dalszych ciągów”, a przy okazji jasno i klarownie ją wykłada.

Ten wstęp na pozór niewiele ma wspólnego ma z Alfredem Hitchcockiem, który nigdy nie zrobił ciągu dalszego filmu swojego, nie mówiąc już o czyimś. Popularność swoją i swoich kolejnych produkcji wykorzystywał w inny sposób: produkując wiele kolejnych sezonów serialu „Alfred Hitchcock przedstawia”, w którym sam się pojawiał jako tryskający czarnym humorem narrator. Ten serial też jednak nie będzie mnie interesował. Początek był o sequelach, ponieważ ten tekst jest również swoistym ciągiem dalszym. Przypomnę, że „Hitch” (webesteem art & design magazine 11) opisywał kulisy powstawania pięciu filmów: „Rebeki”, „Okna na podwórze”, „Zawrotu głowy”, „Północy-północnego zachodu” i „Psychozy”. Pierwsze pytanie, jakie się musi nasunąć się nawet kompletnemu laikowi, to dramatyczne „A gdzie Ptaki?!”. Przecież w powszechnej świadomości ten film jest sztandarowym dziełem Hitchcocka. I chociaż zasady doboru były tam wyjaśnione, a „Ptaki” gdzieś w tle się pojawiły, to jednak niedosyt pozostawał. Także dla mnie, dlatego postanowiłem powrócić do tematu. Jednak nie według reguły „więcej”, bo liczba tytułów pozostanie niezmieniona. Spróbuję dużo trudniejszej i przez to rzadziej stosowanej reguły „inaczej”, co oznacza, że tym razem będzie wartościowanie („szerzenie herezji”), będą skrajnie subiektywne oceny, a kolejność niekoniecznie będzie chronologiczna (nie będzie nawet alfabetyczna). Naturalnie także będą anegdoty z planu, ale nie to będzie najważniejsze. Najważniejszym jest, jak znakomite są to obrazy, jak różnorodnie mimo tego, że wszystkie – tak jak całą twórczość Hitchcocka – wrzuca się do wielgachnego wora z etykietą „thriller”. Za chwilę zatem z tego worka wyjmę oczywiście „Ptaki”, a także: „Sznur”, Cień podejrzenia”, „Wyznaję” i „Szał”.

„Cień podejrzenia” jest filmem familijnym, ale dlatego że opowiada o rodzinie, a nie dlatego, że jest skierowany dla całej rodziny. Przypominam to, bo podobnie jest w wypadku „Cienia podejrzenia” Hitchcocka. Praktycznie wszyscy bohaterowie tej historii należą do jednej rodziny, z wyjątkiem sąsiada i detektywów. Ale sąsiad jest zaprzyjaźniony, a jeden z detektywów na koniec wżenia się w ową rodzinę. Z dzisiejszej perspektywy to życie rodzinne wygląda oczywiście śmiesznie sztywno, bo po prostu tylko tak można było je pokazać. Hipokryzja „Starego Hollywoodu” (czyli tzw. stanie na straży moralności) była duża i to widać w tym – i w każdym innym – filmie Hitcha. Można było pokazywać morderstwa i morderców, ale miłość i kochanków już nie bardzo. Nie wprost, bo reżyserzy i scenarzyści zawsze obchodzili i obchodzą każdy rodzaj cenzury. Naturalnie w filmie nikt nie sugeruje tego, że główny bohater jest np. homoseksualistą, ale nie jest powiedziane jasno, iż był on utrzymankiem bogatych wdów, które potem likwidował, aby przejmować ich pokaźne majątki. Ot, zabijał kobiety dla pieniędzy. Ale przecież te nie sporządzały korzystnych dla niego zapisów testamentowych za to, że zabawiał je błyskotliwą rozmową w długie zimowe wieczory! Poza tym niejasna jest więź, która łączy go z jego siostrzenicą, szczególnie jej uczucie wygląda dziwnie jak na uczucie, którym darzy się wujka. Całe szczęście, że pojawia się ów detektyw, a dobry wujek usiłuje zabić dziewczynę, bo niechybnie skończyłoby się to w jakiś bardzo niemoralny sposób. Bo zabójstwo jest moralne i nawet wybaczalne.

Życie rodzinne miewa pewnie złe strony (takie jak wujek, który usiłuje cię zabić), ale generalnie jest cudownie. Wszyscy są dla siebie mili i sobie pomagają, itp. Hitchcockowie (współautorką scenariusza jest pani Alfredowa Hitchcock: Alma Reville) w tej mdłej potrawce umieścili jednak dosyć apetyczną historię kryminalno-psychologiczną. Całość tworzy zaskakująco dobrą całość. Jeśli może zaskakiwać, że ten reżyser zrobił film dobry. Nie można się jednak nastawiać na emocje podobne „Psychozie” lub „Ptakom” – „Cień podejrzenia” jest również majstersztykiem w dziedzinie dozowania napięcia, ale w odmienny sposób: rośnie ono stopniowo do kulminacji, jednak bez tak spektakularnych zwrotów jak w innych filmach. Wielu mogłoby nawet taki brak zwrotów uznać za wadę, ale wytrzymuje on najważniejszą próbę, czyli wciąga widza i nie nudzi. A Joseph Cotten jest jak zwykle świetny. W ogóle dobrzy są wszyscy aktorzy. Aktorki chyba też. Chyba, bo we wszystkich filmach z tamtego okresu postacie kobiece nie mają nic wspólnego z rzeczywistymi kobietami. Ich emocje były tak wielkie, że aż papierowe. Wydaje się, że przez długie dekady film krzywdził kobiety nie pokazując ich, lecz jakieś niezrozumiale zachowujące się i wyglądające stwory.

W swoim czasie „Wyznaję” było dziełem kontrowersyjnym, a to ze względu na postać głównego bohatera: katolickiego księdza, na którego pada „cień podejrzenia” o morderstwo ze względu na dawny romans z żoną denata. Ksiądz zdaje sobie sprawę, że jest „wrabiany” w zbrodnię i na dodatek wie, kto jest mordercą, gdyż ten sam wyznał mu to w czasie spowiedzi. W ten sprytny sposób zabezpieczył się i mógł później bezpiecznie fabrykować dowody, a ksiądz nie z kolei mógł zrobić absolutnie nic. Nie zdradzę, jak wszystko się kończy, choć dobro triumfuje, a zło zostaje ukarane. W całości dziwi trochę jedynie pewna stereotypowość postaci mordercy. Ten jest bowiem emigrantem z Niemiec, a „Wyznaję” powstało w sumie bardzo krótko po zakończeniu II wojny światowej, na której zresztą oskarżony filmowy ksiądz walczył (w tej roli młody, niezwykle przystojny i atrakcyjny Montgomery Clift). Walczył jeszcze jako „cywil” i kochał również jako „cywil”, bo w latach 50. XX w. nikt – nawet Alfred Hitchcock - nie pokazałby szerokiej publiczności romansującego księdza-mordercy. W pewnym sensie był on jednak mordercą, bo walczył na wojnie i na wojnie zabijał. Formalnie żaden żołnierz nie jest mordercą, jeśli nie dopuści się zbrodni wojennej, ale najtrudniej pojąc to właśnie samemu żołnierzowi. Święcenia kapłańskie były dla niego rodzajem pokuty i ucieczki, ale przeszłość wróciła, bo ona zawsze wraca.

Hitchcock słusznie zauważył, że dobry thriller powinien łączyć dwie rzeczy: atrakcyjną historię kryminalną i sensowną motywację psychologiczną postaci. Jednak ta druga nie powinna być zbyt głęboka i jednocześnie zbyt płytka. Aurea mediocritas. Utrzymywanie równowagi tych elementów jest warunkiem „nie-nudności” dobrego thrillera i filmu w ogóle. „Nie-nudność” jest może bardzo specyficzną kategorią opisu, wyjątkowo niefilmoznawczą, ale za to jedną z niewielu, jakimi posługuje się większość przeciętnych widzów. Hitchcock to doskonale wiedział i jako jeden z niewielu twórców w historii filmu dostarczał produkty, które z reguły zadowalały wszystkich. I całe rzesze owych przeciętnych widzów zapełniających sale kinowe, i równie nieprzebrane legiony krytyków. Filmy tworzone z chęcią opowiedzenia jak najatrakcyjniejszej fabuły posiadają wiele różnych warstw interpretacji, od których zresztą sam reżyser się często odcinał. Dowodem na atrakcyjność fabuły są powstające nowe wersje starych filmów, chociaż akurat nikt (być może jeszcze) nie pokusił się o sięgniecie po żaden z niniejszej piątki tytułów i (być może jeszcze) nowego „Wyznaję” czy „Sznura” oglądać nie możemy (ale „Okno na podwórze” już tak!). To dobrze.

Zresztą „Sznur” (czy też „Lina” – tytuł „The Rope” można tłumaczyć dokładnie na takie dwa sposoby) tak naprawdę robi wrażenie jedynie w kontekście czasu, w którym powstał. To dlatego, że jest jednym wielkim eksperymentem formalnym. Charakteryzuje go całkowita jedność czasu, miejsca i akcji. Można nawet uznać, iż jest to sfilmowane przedstawienie teatralne, które swoim tematem przypomina „Zbrodnię i karę”. Tak naprawdę inspiracją były autentyczne wydarzenia z roku 1924, kiedy dwóch młodych mężczyzn postanowiło zamordować kolegę tylko po to, by zobaczyć „jak to jest”. Hitchcock nie opowiada jednak dokładnie tej historii – dlatego później powstał inny film o tych wydarzeniach: „Bez emocji” (1959, reż. Richard Fleischer). W „Sznurze” kamera porusza się tam, gdzie zwykle siedzą widzowie, a przestrzenią sceniczną jest mieszkanie, w którym toczy się w czasie rzeczywistym akcja. Hitchcock wcześniej zrobił już podobny film – akcja „Tratwy ratunkowej” toczyła się jedynie w owej tratwie i okazało się, że bynajmniej nie jest to nudne. „Sznur” jednak miał być jako pierwszy nakręcony za pomocą jednego jedynego ujęcia. Wtedy jednak (1948) na przeszkodzie stanęła możliwa do umieszczenia jednocześnie w kamerze długość taśmy filmowej. Było to maksymalnie 12 minut. Dlatego „Sznur” z Jamesem Stewardem trwając 72 minuty, składa się z dokładnie sześciu ujęć (warto zapamiętać tę liczbę i za chwilę porównać ją z liczbą ujęć w „Ptakach”). Każde następne rozpoczyna się w tym momencie, w którym zakończyło się poprzednie. Obecnie, dzięki dynamicznemu rozwojowi techniki cyfrowej, nie ma już takich czasowych ograniczeń. Naprawdę szkoda, że wszyscy wielcy reżyserzy tworzący historię kina nie mieli dostępu do tych możliwości, które teraz mają nawet najbardziej mierni wyrobnicy X Muzy. Z drugiej strony to właśnie Hitchcockowi i innym zawdzięczamy współczesny kształt kina. Z długimi ujęciami eksperymentował również chociażby Orson Welles, który jeszcze przed wynalezieniem steadicamu wyczyniał z kamerą niewiarygodne rzeczy. Steadicam umożliwia swobodne ruchy umieszczonej na nim kamery we wszystkich kierunkach i (na to wskazuje właśnie nazwa) zapobiega przenoszeniu się ubocznych efektów tych ruchów – czyli drgań – na filmowany obraz. Wprowadzenie tego rozwiązania było wydarzeniem porównywalnym z wprowadzeniem do kina dźwięku.

Oglądanie „Sznura” jest zaiste dziwnym przeżyciem, a szczególnie dziwnie musi wyglądać on na dużym ekranie w kinie, gdyż równie dobrze mogłoby to być słuchowisko radiowe i nie straciłoby absolutnie nic ze swojej wartości fabularnej. Siłą rzeczy musiał on być filmem statycznym i taki jest, co jednak nadrabiane jest wciągającym scenariuszem i dobrą – po raz kolejny muszę użyć tego oklepanego określenia – grą aktorów. Nieprzypadkowo Hitch wybrał do głównej roli Jamesa Stewarda, z którym później zrobił jeszcze kilka innych udanych filmów i odnieśli o jeden sukces kasowy mniej. Mam na myśli „Zawrót głowy”, ale po szczegóły tej produkcji odsyłam do pierwszej części „Hitcha”.

„Szał” w swoim czasie podobno niezbyt przychylnie został przyjęty przez krytykę. Dziwi mnie to, choć mieli oni zapewne jakieś tam swoje racje, że skrytykowali ten pierwszy po latach film zrealizowany przez Hitchcocka w rodzinnej Anglii. Być może znowu scenariusz okazał się być zbyt rewolucyjny. Główny bohater był nawet sympatycznym mężczyzną, który jednak przez jakąś trudną do zdefiniowania siłę jest zmuszany do duszenia kobiet. Coś podobnego już w roku 1931 nakręcił w Niemczech Fritz Lang („M”), ale oczywiście Hitchcock nie kopiował tamtego arcydzieła. Bystrzy widzowie zauważą co prawda, że Jon Finch w „Szale” w pewnym świetle może przypominać Petera Lorre z „M”, ale być może to tylko jedno z wielu „mrugnięć” do widza, które Hitch zwykł umieszczać w swoich filmach. Sam siebie umieścił już w pierwszej scenie i jest to bodaj jego najszybsze „cameo appearance” spośród wszystkich jego filmów.

Z czasem ludzki umysł wypiera ze swojej pamięci coraz to więcej i więcej szczegółów obejrzanego filmu. Koniec końców zostają już tylko jakieś pojedyncze sceny i zwykle są to właśnie sceny, które łatwo zapamiętać, bo w ogóle przechodzą one do historii. Np. w „Psychozie” będzie to prysznic, w „Północy-północnym zachodzie” atak samolotu, w „Osławionej” scena w piwnicy z winami, a w „Rozdartej kurtynie” zdublowany kurs autobusu. „Szał” to natomiast sekwencja na... wozie z ziemniakami. Wszystkie te sceny są genialnie wyreżyserowane, czasem aż ma się wrażenie, że pod nie pisano cały scenariusz. Tak (raczej) nigdy nie było, ale ciekawie by było zobaczyć je wszystkie połączone jedną fabułą. Fabułą sensowną. Nie chodzi mi o montaż tych scen, ale o napisanie odpowiedniego scenariusza i nakręcenie takiego „kombinowanego” filmu. Byłby to remake w pewnym sensie, ale tylko w pewnym sensie. „Lęk wysokości” Mela Brooksa łączył słynne sceny Hitchcocka, ale to komedia. Nawet nie parodia, bo o ile przez „Robin Hooda. Facetów w rajtuzach” Brooks jedynie bezczelnie parodiował film Kevina Reynoldsa z Kevinem Costnerem, to „Lęk wysokości” ma inny charakter: jest rodzajem hołdu złożonego geniuszowi. Hitchcock ma wiele takich pomników, szczególnie wyrzeźbionych przez Briana De Palmę.

Morderca, którego ogarnia tytułowy „Szał”, jest „krawaciarzem”, czyli dusi kobiety za pomocą krawata. Nie planuje on dokładnie swoich zbrodni. Morderstwo jest prawdopodobnie rezultatem jakiegoś niewłaściwego przekierowania zwierzęcego popędu seksualnego, który drzemie w każdym tzw. człowieku. Hitchcock zresztą nigdy nie robił dogłębnej psychologicznej wiwisekcji swoich bohaterów. W thrillerze wyrządziłoby to więcej szkody, niż dało pożytku. Ważne jest, że dzięki takim a nie innym cechom tego a nie innego bohatera można było pokazać kilka świetnych, trzymających w napięciu scen i zapewnić odpowiedni czas godziwej rozrywki. Być może dlatego film nie zalicza się do absolutnie bezdyskusyjnych arcydzieł Hitcha. Poszczególne odcinki serialu „Alfred Hitchcock przedstawia” też nie były arcydziełami, ale były zgrabnymi historyjkami kryminalnymi z zaskakującym finałem. I tyle. Tylko tyle i aż tyle. A o tym, że taka formuła się sprawdziła, świadczy to, iż nawet po śmierci reżysera powstawały kolejne odcinki z nim jako narratorem. Oczywiście producenci wykorzystywali archiwalne nagrania.

Wreszcie są. Nadlatywały, nadlatywały i nadleciały – „Ptaki”. W latach 60. nie było jeszcze silnego nurtu ekologicznego ani w kinie, ani nigdzie, ale obecnie interpretuje się często ten film właśnie jako wyraz tego, że przed siłami natury należy czuć respekt i że to one tak naprawdę rządzą światem. Hitchcock oczywiście śmiałby się do rozpuku z takich interpretacji, choć w widzeniu tego filmu w takim świetle jest coś słusznego. Szczególnie biorąc pod uwagę zakończenie. Od interpretacji ciekawsze są jednak – jak prawie zawsze – zastosowane rozwiązania techniczne. Wręcz rewolucyjne efekty specjalne Alberta Whitlocka. Siłą rzeczy to efekty czysto optyczne, gdyż komputerów po prostu jeszcze wtedy nie było, a już na pewno nie schodziły one poniżej rozmiaru wieżowca. Ważny jest przede wszystkim montaż – niektóre sekwencje zawierały siedem ujęć w jednej sekundzie obrazu. Ogólnie film miał mniej więcej trzy razy więcej ujęć od przeciętnego filmu z tego okresu (i nie tylko), czyli ponad trzy tysiące. Dlatego leży on na jednym biegunie, a jego oczywistym antypodem jest „Sznur”.

Paradoksalnie w „Ptakach” nie ma żadnej sensu stricto intrygi kryminalnej. Jest wątek miłosny (miłosno-obyczajowy czy też obyczajowo-miłosny), który zajmuje mniej więcej połowę filmu. Potem rozpoczyna się pierwszy atak, drugi, i wreszcie trzeci. Dokładnie według schematów kina katastroficznego z udziałem różnych zwierząt i dokładnie tak, jak odbywa się to w filmach „Rój”, „Pirania” czy nawet „Atak grzechotników”. Przy czym jednak Hitchcock był pierwszy, więc akurat trudno mówić o jakimkolwiek schemacie. To mniej więcej tak, jakby zarzucać Szekspirowi, że był schematyczny. Nie był, bo schematy tworzył. Nie do końca „z powietrza”, bo jakoś bazował na zastanej tradycji, a jednak stworzył zupełnie nową jakość. Oddziaływanie „Ptaków” na filmy innych jest silne do dzisiaj, aż wreszcie ktoś postanowił nakręcić kontynuację. Coś, o czym w gruncie rzeczy jest ten tekst. Spośród filmów Hitchcocka ciąg dalszy ma jeszcze tylko „Psychoza”. „Ptaki 2” Ricka Rosenthala są filmem nie tyle katastroficznym, co katastrofalnym. Do tego stopnia złym, że reżyser nie podpisał swojego dzieła i skorzystał z pseudonimu Alan Smithee. Widać, że te filmy dzielą mniej więcej trzy dekady, ale pierwowzór wygląda na produkcję nowszą. Jest po prostu nowocześniejszy pod każdym względem.

Można ustalić w miarę jednoznacznie, który film Hitchcocka jest najlepszy, który trochę gorszy, itd. To herezje, lecz pokuszę się o coś takiego. Chwilę po tym sam wejdę na stos i podłożę pod nim ogień, ale najpierw wymienię tych kilka tytułów w kolejności wartościującej: „Psychoza”, „Okno na podwórze”, „Zawrót głowy”, „Północ-północny wschód”, „Nieznajomi z pociągu”, „Ptaki”, „Osławiona”, „Cień podejrzenia”, „39 kroków”. Dziesiątego tytułu nie będzie. Uznajmy, że na tej pozycji równorzędnie znajdują się wszystkie pozostałe. To uczciwe rozwiązanie.

Pozwoliłem sobie wykorzystać postać wielce szanownego Alfreda Hitchcocka, by napisać o ciągach dalszych. Klucz do tego tekstu jest stosunkowo prosty: kontynuacje są z reguły słabsze od pierwowzorów – ten tekst również, są niedopracowane – ten tekst również. Paraleli jest jeszcze kilka. Jeśli masz na to ochotę, Szanowny Czytelniku, spróbuj je odszukać. Ale ja proponuję, abyś przestał wreszcie czytać o Hitchcocku i zacznij oglądać jego filmy. Naprawdę warto.

Sebastian Żurowski

art & design
webesteem magazine | nr 13 webesteem magazine is a part of webesteem.pl  |  copyright © 2001-2005 webesteem.pl  
art & design