© Iwona Cała
Obudzić w sobie "łobuza"
Jestem architektem, w zasadzie projektantem. Kocham projektowanie. Pewnego dnia okazało się, że jest ktoś, komu podobają się moje ilustracje, choć nigdy i nigdzie się ich nie uczyłam. "Wydawnictwo Bis", w którym debiutowałam, zaryzykowało, zlecając tak niedoświadczonej osobie zrealizowanie kompletu ilustracji do książki dla dzieci. Ja też zaryzykowałam, podejmując się tego wyzwania, bo o ile wiedziałam, jak się maluje, o tyle o ilustracji dla dzieci nie miałam żadnego pojęcia. Rysowałam w zasadzie tak jak mi podpowiadał jakiś instynkt czy nieokreślony zmysł... Teraz maluję ilustracje do trzeciej z kolei książki dla tego wydawnictwa, a czwartej w moim dorobku, współpracuję ze "Świerszczykiem" - najstarszym pismem dla dzieci, niebawem zacznę ilustrować książki dla zagranicznego wydawcy i wciąż zadaję sobie pytanie "jak to się wszystko mogło stać w ciągu niecałych dwóch lat?"
Studiując architekturę marzyłam o byciu wielkim architektem-konstruktorem, potem swoją miłość przerzuciłam na ogrody, a następnie wnętrza. Jednak nigdy tak naprawdę nie wiedziałam, co chcę robić, wciąż szukałam. Jedno było pewne - muszę projektować, wymyślać coś od nowa, tworzyć. Nieważne co. Widelec, huśtawkę czy dom. Gdzieś w tle pojawiły się pierwsze grafiki, raczej zabawa niż coś profesjonalnego. Niewątpliwie zawsze lubiłam patrzeć na bajkowe, nieco melancholijne światy obrazów Chagalla czy nadzwyczajne plakaty Olbińskiego - również architekta, który wciąż pozostaje moim guru sztuki graficznej - i kontemplować je godzinami.
Książka ukaże się w pażdzierniku tego roku
Ilustracje do przygotowywanej książki Wandy Chotomskiej "Kołysanki dla Zuzanki"
W pewnym momencie mojej przygody z ilustracją dla dzieci zaczęłam zastanawiać się, czym tak naprawdę ona jest, jak ją tworzyć, czego poszukiwać, w jakim kierunku iść. Niestety nie znajduję jednej recepty ani nawet pomysłu "jak". Analizując obrazy innych ilustratorów książek, utwierdzam się w przekonaniu, że tyle, ile jest możliwych rysów twarzy i charakterów, tyle również jest możliwych kresek, sposobów na narysowanie tej samej rzeczy. Ta różnorodność sprawia, że trudno porównywać ilustracje różnych autorów ze sobą. Każda jest po prostu inna. W moim przypadku każda kolejna książka jest inna. Styl bowiem mam wciąż bardzo zmienny, szukam nowych technik; to wracam do tradycyjnych, to znów próbuję wykorzystywać komputer. I cieszę się z tego, bo chyba nie chciałabym być rozpoznawalna. Zresztą akurat mojej "grupy docelowej" na szczęście nie obchodzą nazwiska ani popularność. Dla nich ważne jest, żeby ilustracje były pogodne, interesujące i wiarygodne. Nazwisko nie ma żadnego znaczenia.
Józef Czechowicz, Świat Książki, Maj 2005
Ilustracje do książki "Kołysanki i inne wiersze"

Zaczęłam więc oglądać moje ilustracje tak, jakby patrzyło na nie dziecko. Sprawdzam, czy zgadzają się szczegóły, śledzę palcem historię opowiadaną w książce czy pojedynczym wierszu. Zastanawiam się, czy oddają nastrój panujący w historii. Oczywiście staram się, żeby ilustracje były po prostu ładne, pogodne. Ze swojego dzieciństwa znam książki, które po prostu straszyły i do których bałam się zaglądać, bo strach narysowany był większy od tego opisanego i wyobrażanego. Niestety bardzo rzadko to dzieci decydują o zakupie danej książeczki. Niestety drugą grupą docelową są ich rodzice, którzy oglądają książki i wkładają je do koszyka. To od ich wrażliwości zależy, czy dana książka trafi w rączki młodego czytelnika, czy nie. O ile dzieci mają niczym niezmanierowaną wyobraźnię, ogromne wyczucie braw i niesłychaną tolerancję, o tyle ich rodzice niestety często są pokoleniem "Mc'produktów", również książek. Dlatego szukając książki dla swoich dzieci, nierzadko kierują się swoim gustem, nie próbując choć na chwilę obudzić w sobie "łobuza".
Agnieszka Frączek, Wydawnictwo BIS, Maj 2005
Ilustracje do książki "Słoń na hulajnodze"
Takiego "łobuza" budzę ja w sobie, kiedy zabieram się za malowanie. Łobuza, który mówi do dzieci swoim obrazkowym językiem, ale w sposób dla nich zrozumiały, nigdy zaś językiem naśladującym ich język. To byłoby niepoważne traktowanie odbiorcy, lekceważenie jego zdolności i umiejętności zrozumienia tego, co chcę przekazać. Dzieci należy traktować jak partnerów do rozmowy, nigdy z wyższością. One doskonale rozumieją język barw, kształtów, linii. Używam swojej wyobraźni i pamięci w procesie tworzenia ilustracji i wiem, że będę dobrze zrozumiana, nie muszę specjalnie czegoś tłumaczyć, nie wszystko musi być dosłowne. Dlatego wciąż nie uczę się "jak" rysować dla dzieci, nie kupiłam sobie poradnika "Jak narysować śmiesznego stwora", bo wierzę, że moje osobiste poszukiwania są cenną wartością, są skarbem dziecka, które przecież gdzieś we mnie zostało. To daje mi radość odkrywania nowych technik, nowego sposobu pokazania tego co jest w tekście. I daje niesamowitą energię, kiedy się coś udaje. Taką możliwość intensywnych poszukiwań daje mi współpraca ze "Świerszczykiem", w którym każda moja ilustracja jest inna od poprzedniej, zarówno pod względem techniki wykonania, jak i ujęcia tematu zawartego w krótkim wierszu czy opowiadaniu. Ilustrując książkę, zbiór opowiadań czy wierszy, muszę być bardzo konsekwentna i podjętą na początku pracy decyzję o wyglądzie książki podtrzymywać w powstających ilustracjach, tak aby całość była spójna stylistycznie, mimo że czasem kusi mnie bardzo jakiś nowy pomysł. Zapisuję go wtedy i zostawiam do kolejnego zlecenia.
Renata Piątkowska, Wydawnictwo BIS, Grudzień 2003
Ilustracje do książki "Opowiadania dla przedszkolaków"
Technik ilustracji jest również bardzo wiele. Osobiście bardzo lubię akwarelę połączoną z suchą pastelą i techniki kolażowe. Z reguły zaczynam właśnie tak, potem obrabiam ilustrację jeszcze w komputerze, wklejam jakieś faktury czy obiekty i tak powstałą ilustrację przesyłam wydawcy. Ostatnio wracam do "czystej" akwareli, połączonej z piórkiem. Obserwuję, że te tradycyjne techniki zarówno u mnie, jak i odbiorców budzą jakiś specyficzny sentyment. Są chyba odpowiedzią na zalew płaskich, konturowych, wypełnianych kolorami z palety Photoshopa, ilustracji. Poza tym widać na nich drżenie ręki, pociągnięcia pędzlem, proces tworzenia. Staram się możliwe często wprowadzać cienie i ujęcia perspektywiczne, ale zawsze lekko "kopnięte". Tak by sprawiały złudzenie głębokich, zachęcały do obrócenia książki, wręcz zajrzenia jakby do środka ilustracji. To niewątpliwie zasługa mojego wykształcenia i fascynacji obrazami Maurits'a Escher'a.
Książka ukaże się w pażdzierniku tego roku
Ilustracje do przygotowywanej książki Renaty Piątkowskiej "Nie ma nudnych dni"
Wielką radością pracy ilustratora jest to, że mogę realizować ją jak hobby. Mogę wyjechać za miasto, zabrać pędzle i farby i malować, zerkając na trawę czy niebo. Mam czas na spokojne opracowanie obrazków, bo wydawcy raczej nie popędzają twórców, dają tyle czasu, ile potrzeba. Ktoś powie: jak na wakacjach. I coś w tym jest.
Iwona Cała