© Jacek Gąsiorowski
Makroprzestrzenie
Jeszcze cztery lata temu żywiłem naiwne przeświadczenie, że koncentrując się na własnych emocjach i przeżyciach można będzie odrzucić zasłonę iluzji, która oddziela nas od Wszystkiego, czyniąc coponiektórych niezwykle smutnymi ludźmi.
Dziś jest już inaczej. Mając w conajmniej dyskretnej ignorancji zjawisko fotografii, przystąpiłem dwa lata temu do terapii przez zanurzenie. Zacząłem chłonąc zdjęcia jak gąbka wodę. Na początku spoglądałem na to zjawisko jak na wojnę memów – samodzielnych bytów informacyjnych, które wspomagane przez umiejętny marketing autora walczą i rozpychają się na łokcie na przeróżnych forach i serwisach fotograficznych. Sam dziarsko przystąpiłem do batalii o Wielkie Nic. Sytuacja z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc nabierała tempa, wprawiając w osłupienie również mnie samego. Fotografia cyfrowa stała się dla mnie czymś w rodzaju trampoliny do czegoś, co stanie sie po ostatnim slajdowisku, jakie zafunduje sobie i skołatanym oczom.
Wynurzanie rozpoczęło sie na początku tego roku, w środku zimy. Zaczęły pojawiać sie wizje, umysł spontacznicznie zaczął budować plany, kadry i relacje przestrzenne. Podświadomie sięgnąłem na piwniczną półkę po średnioformatowego Kieva, w którym – jak dowiedziałem się pózniej – tkwiła czyjaś pasja i tajemnica. Od tego momentu czuję się jak lalka voodo, gnana jakąś tajemniczą siłą aby ustawić w planie przedmioty i nacisnąć na spust migawki.
Być może, rejestruję obraz, jaki widziany jest oczami mojej czteroletniej córki, która wielokrotnie jest świadkiem moich projektów fotograficznych. Ja bawię się w fotografię, Ona bawi się w Życie – oboje korzystamy ze wspólnych zabawek.
Z punktu widzenia pejzażysty, nie ma nic gorszego od czlowieka w kadrze, jest on wówczas jak intruz, jak zło konieczne, pierwiastek nieuchronnej zagłady, jaka czeka wszystko czego się tknie, jak nadciągający słodki kataklizm. Jeśli już ma być, niech zajmie w kadrze rolę mrówki. Tak dla pejzażysty ciekawym może być wyzwanie zamknięcia w okowach słupów i przestrzeni miasta. W miejsce obrazów z otoczenia powstają makroprzestrzenie, tętniące własnym, magicznym życiem. Deprywacja sensoryczna. Czas emisji.
Z dzieciństwa u Dziadków na wsi pamiętam moją ulubiona zabawę przy żniwach, jazdę na snopowiązałce. Myślę, że z dobrą fotografią jest podobnie, zbiera się idąc przez życie obrazy, rejestruje się je w doświadczenia i emocje a raz na jakiś czas z aparatu wypada jakiś powiązany linią życia obraz, fotograficzny byt samodzielny.
Patrząc z perspektywy czasu, który się dzieje, widzę zdjęcia a obok nich ledwie widoczny stan energetyczny, zapis tamtejszej Obecności.
Czasem myślę, dokąd ta Droga mnie zaprowadzi, mgliście dostrzegam złożenie broni. A że przyroda nie znosi Pustki, sięgnę po jeszcze mocniejszy materiał zaczerpnięty z podświadomości, niespełnioną pasję latania.
Jeśli te doświadczenia nie zagaszą owczego pędu do działania i konfrontowania, pozostanie mozolna nauka gry na fortepanie i cierpliwe oczekiwanie na godzine zero.
© Jacek Gąsiorowski