Agata Janus

Agata Janus
Z doświadczenia wiem, że nawet najprościej wyglądający pomysł w praktyce może się okazać niebezpiecznie pracochłonny.

Życie jak landryna

Gagatka

Życie jak landryna


Często ludzie komentujący moje prace zarzucają mi kiczowatą kolorystykę. Nie zamierzam z niej rezygnować. Sprawa jest dla mnie oczywista.

Prowadząc do tej pory różowe niczym landryna życie dość nieoczekiwanie zetknęłam się z szarą rzeczywistością. Spotkanie na tyle bolesne, że mój optymistyczny róż zbladł, zmienił się w majtkowy, aż w końcu zniknął sprany na zawsze. Tak to czuję. jak również i to, że kolorowo będzie jedynie na ekranie mojego monitora.

Mój najlepszy przyjaciel postanowił wyjechać. Z tej okazji wyprzedaje cały swój dobytek. Cel - Irlandia, a dokładnie Galway - centrum przemysłu medycznego, ponoć najpiękniejsze miejsce w Irlandii, a do tego najszybciej rozwijające się miasto Europejskie.

Rozpaczliwie szukając pracy w Warszawie po raz setny olany i mocno zniechęcony zobaczył swoją jedyną szansę w wyjeździe za granicę. Z pewnością znajdzie się wielu, którzy uznają, że to jakaś farsa, że facet jest pierdołą lub że ma kosmicznego pecha..., że w Polsce też da się żyć szczęśliwie i na poziomie i może nawet niekoniecznie na kredyt.

Zabawne. Najbardziej jednak to, że ja tak właśnie do tej pory myślałam. Ale to też już przeszłość - zupełnie jak róż brutalnie zdrapany z moich okularów.

Mój przyjaciel jest grafikiem - cholernie zdolnym, o rozpoznawalnym własnym stylu. Powinien znaleźć się ktoś chętny na takiego pracownika. Ale tak się nie stało. Mój przyjaciel przyciągnął natomiast do siebie całe rzesze parszywych oszustów. Wcale nie małe, pseudo Agencje Reklamowe, tylko duże, znane i szanowane firmy przez duże "F".

Produkują tony reklam, banerów, bilboardów, przeprowadzają setki kampanii reklamowych - wszystko świeże, radosne - świetnie pomyślane, przyciągające uwagę. Klienci walą do nich drzwiami i oknami pragnąc zwiększyć swoje nikłe dotąd zyski. I nie zawodzą się. Reklama działa... biznes się kręci...

Przypomniał mi się obrazek... chyba Michała Ogórka... głowy nie dam sobie uciąć. Obrazek podzielony jest na dwie części. Widzimy przekrój supermarketu. W górnej części karuzela, na niej roześmiane szczęśliwe dzieci i ich mamy - sielanka. W części dolnej widzimy mechanizm, który napędza karuzelę. Kierat, w nim umęczeni pracownicy supermarketu. Obok z batem nadzorca. Całkowity brak sielanki. Wiecie jak to działa? To się nazywa tania siła robocza.

Siła ta nie wie rzecz jasna przy rozmowie z pracodawcą, że jest tania. Nie wie też, że dla potencjalnego szefa znaczy tyle co pył strzepnięty z eleganckiej marynarki. Jest natomiast oczarowana kosmicznymi perspektywami rozwoju oraz szykownym krojem marynarki okraszonej pewnością przesympatycznego szefa.

Każdy kraj posiada swoje przepisy, a każdy kto ma tzw. "głowę do interesów" notorycznie je łamie. Ale żeby nie panowała całkowita anarchia - ubiera się wszystko w zgrabne umowy. Zgrabna umowa dodaje wiarygodności i powagi.

Nawet wmawiając sobie samemu, że wszystko jest OK - tłumaczymy sobie - przecież zawarłem UMOWĘ. Czy przychodzi nam na myśl, że poważana firma, prężnie działająca na rynku umowę układa tylko i wyłącznie pod siebie? Otóż nie... jesteśmy podekscytowani i szczęśliwi, że rekin biznesu zwrócił się właśnie do nas po radę, że to właśnie my zostaliśmy uznani za godnego fachowca.

Cóż... podchodziłam sceptycznie do propozycji współpracy Mojego Przyjaciela z Dużą Firmą X. Miałam w pamięci własne doświadczenia z niejaką Puntalineą.

Jak to działa:

Pierwszy projekt robi się za darmo. No bo przetarg (wie Pani jak to jest. Klient wybrał co innego.). Potem wzywają Cię ponownie, bo jest pilna robota i pytają słodkim głosikiem czy chcę wziąć udział w przetargu (bo chętnych jest SPORO). Chcieć chce każdy. Spróbować warto.

Czy jednak ktoś z nas bierze pod uwagę ilość czasu spędzonego na takim projekcie? Z doświadczenia wiem, że nawet najprościej wyglądający pomysł w praktyce może się okazać niebezpiecznie pracochłonny. A jednak większość się godzi w tym momencie bez szemrania.

Umowa zazwyczaj ustna, zasady banalne. Klient wybierze nasz projekt - dostaniemy pieniądze i ew. dalszą współpracę, jeśli nie, możemy sobie z pustym żołądkiem odespać kilka zarwanych nocy. I tak toczy się życie bidnego grafika.

Ja jednak postanowiłam walczyć o swoje. Spytałam wprost - czy za udział w przetargu dostanę jakąś kasę. W końcu poświęcam na to czas - sprawa pilna. Za darmo przecież oczu monitorem wypalać sobie nie będę. Tu zaskoczenie wielkie bowiem okazało się, że TAK i OCZYWIŚCIE - Agencja zapomniała napomknąć, że udział jest płatny. 400 zł. - kwota jak najbardziej satysfakcjonująca i dodatkowo mobilizująca do pracy. Jestem uczciwa, nie zrobię byle czego bo mi i tak i tak zapłacą. Zrobię projekt najlepiej jak umiem po to, żeby znowu mi zaproponowali współpracę.

Tak więc bujałam się za te 400 zł. przez jakieś dwa tygodnie. Kursując między domem, swoją firmą, a Puntalineą - wspomagana hektolitrami kawy i rodzynek w czekoladzie.

Klient projektu nie wybrał. Natomiast odzyskanie tych 400 zł. zajęło mi jakieś 3 tygodnie codziennej męki (odliczam oczywiście od 2 tygodni mojego grzecznego milczenia).

Więcej do mnie nie zadzwonili. Ale znajomy się załapał. Stale chodzi na przetargi. Nauczony moim doświadczeniem za zrobioną pracę nie pobiera żadnych opłat. Na 10 przetargów, w których brał udział - wygrał jeden. Zarobił 1500 zł. Nie muszę chyba liczyć ile stracił czasu i pieniędzy.

To nie jest praktyka tej jednej firmy. To jest jak najbardziej stały sposób na tanie i świetne pomysły. Młodych, zdolnych i ambitnych jest na pęczki. Zawsze znajdzie się ktoś kto zrobi coś za darmo lub za psie pieniądze. I sami sobie jesteśmy winni koledzy i koleżanki... bo to My na to pozwalamy.

Dlaczego za poświęcony czas, za użycie zdobytej własnoręcznie wiedzy oraz doświadczenia, za korzystanie z programów za ciężkie pieniądze - mamy dostać tak zwane "G"????????? Naprawdę nie kumam.

To jest tekst ku przestrodze młodych napalonych.

Fajnie mieć dużego, fajnego pracodawcę i poczucie, że z TAKĄ AGENCJĄ nic nam przecież nie GROZI. Ale błagam pamiętajcie, że każdy kij ma dwa końce. Wy jesteście malutcy. Często macie nikłe pojęcie o przepisach i kruczkach prawnych, duża Agencja w każdej chwili może Was z łatwością pożreć.

Więc zanim wyprowadzicie na spacer takiego fajnego zwierza długo się zastanówcie, czy w razie czego macie możliwość jakiejkolwiek przed nim obrony. Czego serdecznie Wam życzę.

Agata Janus