Recenzja

Konrad Grzegorzewicz


Wypowiedzi i działania postaci w "Hydrioli" nie chcą układać się ani w ciągi celowe ani przyczynowe. Trudno odgadnąć, dlaczego X mówi akurat do Y, dlaczego mówi to co mówi, dlaczego ktoś inny reaguje na daną rzecz w taki a nie inny sposób i dlaczego dany rekwizyt raczej jest niż go nie ma.

Numer 15 (1/2006) • 25 stycznia 2006


Hydriola

Hydriola. Maciej Sieńczyk

Wydawnictwo: Lampa i Iskra Boża, wydanie polskie: październik 2005, format B5, 112 stron, oprawa miękka.

komiks : Hydriola komiks : Hydriola komiks : Hydriola

© 2005 Maciej Sieńczyk


Hydriola


Konrad Grzegorzewicz


Od wydania "Hydrioli" minął już grubo ponad miesiąc, piszę więc ten tekst z pewnej perspektywy i wiem, że nie każdemu komiks ten przypadł do gustu. Właściwie niektórym nie przypadł jeszcze przed datą wydania, a stało się tak dzięki deklaracji autora, że nie lubi zbytnio współczesnych komiksów i deklaracji wydawcy, że to komiks niezwykle nietypowy i niekomiksowy. Z miejsca zapachniało wywyższaniem się...

Do sprawy wrócimy, a tymczasem zajmijmy się podobaniem i niepodobaniem właściwym, tj. występującym po przeczytaniu. Trudno skreślić z góry czyjeś subiektywne odczucia, więc zacznę od tego, że album szczerze mnie ujął i miałem miłą okazję obserwować osoby, którym również się podobał. Trzeba tu uczciwie przyznać, że zarówno zajmująca połowę objętości tytułowa "Hydriola", jak i zbiór kilkunastu następujących po niej króciutkich historii, mogą zawieść niektóre oczekiwania względem opowieści. O ile bowiem przynajmniej na starcie przypominają one nastrojem eleganckiej powściągliwości opowieści profesora Tutki, już po chwili wyradzają się w opowiadania kalekie i powykręcane niczym narysowani bohaterowie. Komiksy Sieńczyka są bowiem we wszystkich wymiarach niezborne. Postacie składają się z bardzo poprawnych anatomicznie i rysunkowo elementów, jednak głowy nie zachowują proporcji względem tułowia i kończyn a ręka lubi sobie czasem wyrosnąć tył naprzód (nie wspominając o tym, że dłonie i stopy pozwalają sobie nieraz zupełnie zaniknąć). To samo dotyczy fabuł, których schematy urągają zbyt tradycyjnym przepisom na ciekawą historię.

Dwaj bohaterowie "Hydrioli" wyruszają wprawdzie na quest w poszukiwaniu zaginionej ośmioosobowej rodziny, ale początkowe wyzwanie w nikłym stopniu determinuje dalszy przebieg zdarzeń, w najlepszym razie daje ono pretekst do wyruszenia z punktu A - dokądkolwiek. Klasyczne pytania: co dalej?, jak to się wszystko skończy? albo jak to się mogło wydarzyć?, które nie pozwalają odłożyć czytanej książki czy wyłączyć telewizor, tutaj szybko tracą zastosowanie, fabuła zaplątuje się bowiem w niekończące się dygresje, opowieści w opowieściach i niewytłumaczalne przestoje. Sieńczyk konsekwentnie unika odpowiedzi na powyższe pytania, zastępując je innym problemem, stawianym zresztą kilkakrotnie: Dlaczego niektóre historie są takie ciekawe?. Motyw fascynujących, pozostających na długo w głowie opowieści pojawia się tu co i rusz, a mimo to można mieć niemal pewność, że jeśli na początku historii pojawia się pistolet, nie odegra on później żadnej roli.

Wypowiedzi i działania postaci w "Hydrioli" nie chcą układać się ani w ciągi celowe ani przyczynowe. Trudno odgadnąć, dlaczego X mówi akurat do Y, dlaczego mówi to, co mówi, dlaczego ktoś inny reaguje na daną rzecz w taki a nie inny sposób i dlaczego dany rekwizyt raczej jest niż go nie ma. Wszystko to wygląda jak działania afektowanych idiotów, których rozkojarzenie i nagłe porywy serca wygrywają z każdą próbą zachowania racjonalności.

Mimo to, a może właśnie dlatego, mamy do czynienia z historiami, które są tak ujmujące, że milczymy długo po ich zakończeniu. Zamiast bowiem podążać od początku, poprzez rozwinięcie, aż do zakończenia, autor woli za pomocą małych kroczków pielęgnować trudny do opisania nastrój zadumy, niesprecyzowanego niepokoju i niejasnych, nie zawsze zdrowych fascynacji. Nastrój świata, w którym przedmioty, ludzie i wątki pojawiają się by zniknąć bez wyjaśnienia, a nonsens, jak w najlepszych snach, narzuca nam się jako nieubłaganie logiczne rozwiązanie.

Wśród szortów w "Hydrioli" zdarzają się także bardziej sensowne i w sposób bardziej tradycyjny spuentowane, ale paradoksalnie, bledną one przy interesującym przypadku wejścia starszego człowieka do grona wypoczywających nad rzeką dziewcząt i chłopców oraz innych kawałków, które raczej są i interesująco pachną niż "coś" opowiadają.

Skoro zatem ustaliliśmy, co w "Hydrioli" może się podobać, należy uczciwie postawić sprawę, i stwierdzić, że ów nastrój - będący chyba jej istotą - ma to do siebie, że nie udziela się każdemu. W czym nie ma chyba zresztą ani winy autora ani czytelników. Ot rzecz niezbyt najwyraźniej uniwersalna - czyli specyficzna.

No właśnie. Docieramy do kwestii mniej subiektywnej i nie wiem czy na dobrą sprawę istotnej. Na ile Sieńczyk stworzył rzecz oryginalną czy nowatorską? Osoby, które nie ograniczają się do komiksów dostępnych w Polsce, ani do tych bardziej popularnych zagranicznych, twierdzą, że to całe odcinanie się od współczesnych komiksów to zwykła zaściankowa blaga. Fakt - komiks Sieńczyka z łatwością wpisuje się we współczesne poszukiwania autorów z różnych stron świata rysujących takie właśnie wykręcone oniryczne historie (jak też nieco starsze afabularne eksperymenty literackie, choć często brakuje im podobnego surrealistycznego uroku). Także pod względem graficznym można znaleźć wielu komiksowych, i nie tylko, kuzynów "Hydrioli". Wpisywanie się nie oznacza jednak braku oryginalności - gdyby zresztą czynić z tego zarzut, należałoby w pierwszej kolejności wymienić zupełnie inne polskie pozycje. Jeśli zatem ktoś ma ochotę na spotkanie z dziwnym, niech śmiało wypróbuje "Hydriolę".

© Konrad Grzegorzewicz