Przetwarzanie cyfrowe

Mariusz Lalewicz


Na obrazku widać piersi, splecione pod nimi ręce oraz brzuch i ukryty w nim głęboko krater pępka. Na górze po prawej stronie pojawia się czerwona, rozlewająca się korzeniami brunatnych zakoli plama. Jednym skojarzyło się to z obozem koncentracyjnym i krwawiącym polskim narodem, zaś innym obrazek przypominał... pluszowego misia.

Numer 16 (2/2006) • 31 maja 2006


Nicholas Di Genova : Minigaleria

Mariusz Lalewicz. Co się komu podoba?.

Ilustracja: Nicholas Di Genova


Co się komu podoba?


Kiedy na jednym z bardziej popularnych portali fotograficznych umieściłem przetworzone komputerowo zdjęcie dziewczyny wpatrzonej w okno, wśród komentarzy zdecydowanie przeważały słowa uznania. Piękne, wspaniałe, artystyczne itd. Oczywiście, efekt można było również osiągnąć tradycyjnymi metodami, to jest bez użycia programu graficznego, albo bezpośrednio na kliszy, albo już w ciemni, nakładając na siebie dwa obrazy i maskując pewne obszary. Ileż z tym jednak zachodu, ile godzin spędzonych w trujących oparach odczynników chemicznych i ile zmarnowanego na kolejne próby papieru fotograficznego. Cieszyłem się więc jak dziecko z pochwał internautów, a moje rozdmuchane przychylnością widzów ego rosło, rosło, rosło...

Nie, nie jestem przeciwnikiem fotografii analogowej ani efektów, które można za jej pomocą osiągać. Przeciwnie, uważam, że wiele z nich jest znacznie subtelniejszych, czytelniejszych, przejrzystszych i zwyczajnie przyjemniejszych dla oka, niż efekty rodem z Photoshopa czy Paint Shopa Pro. Obecnie dostępne jednak programy graficzne, abstrahując od tego, czy nas rozleniwiają czy inspirują, przede wszystkim stanowią doskonały sposób na zabawę obrazem. I jeżeli kilka razy w tygodniu spędzimy przed komputerem trochę czasu doskonaląc swoje umiejętności graficzne, w ciągu kilku miesięcy możemy dojść do sporej wprawy. Na marginesie dopowiem, że w moim przypadku trwało to "nieco" dłużej. Może z tej przyczyny, że nie miałem obok siebie nauczyciela. Do każdego więc efektu musiałem dochodzić sam, na ogół okrężną i wyboistą ścieżką, tracąc znacznie więcej czasu, niżby zajęło wykonanie analogicznego obrazu w ciemni. Trudno jednak żałować tych ciągnących się czasem długo w noc komputerowych sesji. Dzięki nim nauczyłem się posługiwać innego rodzaju "kliszą", innego rodzaju "papierem", innego rodzaju "przysłoną".

fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz

Wracając jednak do dziewczyny, którą umieściłem na popularnym internetowym portalu. Obraz wykonałem z dwóch nałożonych na siebie fotografii. Pierwsza z nich przedstawiała zdeformowane analogowym efektem zoomu światło, wyłaniające się z okna zrujnowanego pałacu w Starej Rudnej (woj. dolnośląskie) w otoczeniu starych parkowych drzew. Osoby zajmujące się fotografią dobrze wiedzą, na czym polega efekt zoomu. Dla mniej wtajemniczonych wyjaśnię, że uzyskuje się go stawiając aparat fotograficzny na statywie i ustawiając dłuższy czas otwarcia migawki (np. na dwie sekundy). Po naciśnięciu spustu odczekuje się chwilę (może połowę czasu naświetlania), aby dać matrycy (czy też kliszy) szansę zapisania ostrego, wyraźnego obrazu, a następnie zgrabnym ruchem nadgarstka przekręca się zoom. W efekcie powstaje coś w rodzaju eksplozji światła na tle czytelnego obiektu. Rzecz jasna, obiektyw w aparacie musi być zmiennoogniskowy, bo inaczej zabawa skończy się albo uszkodzeniem urządzenia, albo jego... wykręceniem z korpusu.

fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz

Drugie ze zdjęć wykorzystanych do stworzenia komputerowego obrazka (zdjęcie dziewczyny) wykonałem w słoneczny dzień w pokoju, na tle okna ozdobionego stylową firanką. No, a potem się zaczęło. Po zeskanowaniu negatywów i czarodziejskiej, już cyfrowej, przemianie na pozytywy, otworzyłem mój ulubiony program graficzny i zacząłem zabawę. Trzydzieści procent tego, siedemdziesiąt tamtego, tu dodałem kolor, gdzie indziej kolor zredukowałem, coś tam wymazałem gumką, coś innego zamaskowałem. Po mniej więcej dwóch godzinach uzyskałem obrazek, który przypadł do gustu mnie i kilku znajomym, więc zdecydowałem się go pokazać publicznie. I teraz dochodzimy do sedna sprawy. O ile obrazek z rozświetloną dziewczyną spodobał się odbiorcom portalu (choć były i głosy negatywne), to każdy następny wzbudzał coraz więcej emocji. Komentatorzy dzielili się na zawziętych przeciwników wspomagania zdjęcia programami graficznymi oraz na tych, którym to nie przeszkadzało. Szczerze się ubawiłem, gdy na obrazku przedstawiającym dwie nagie leśne nimfy, niektórzy wychwalali urodę jednej, a dopiekali drugiej, kiedy w rzeczywistości była to jedna i ta sama modelka, "rozmnożona" w cudowny sposób magiczną różdżką Photoshopa. Najbardziej śmieszyły mnie rozważania jakich to środków użył autor, by uzyskać dany efekt w okolicznościach, gdy chodziło o zdjęcie... nie poddane żadnej obróbce.

fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz

Ogromna jest wielość skojarzeń, jakie nasuwają obrazy graficzne widzom. Zaprezentowałem kiedyś fotografię torsu kobiety. Widać piersi, splecione pod nimi ręce oraz brzuch i ukryty w nim głęboko krater pępka. Na górze po prawej stronie pojawia się czerwona, rozlewająca się korzeniami brunatnych zakoli plama. Wszystkie kontury porasta stworzony w programie graficznym las drobniutkich igiełek. Jednym skojarzyło się to z obozem koncentracyjnym i krwawiącym polskim narodem, zaś innym obrazek przypominał... pluszowego misia.

fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz

Natomiast strzałem prosto w serce autora okazało się usunięcie przez moderatorów fotograficznego portalu mojej graficznej "kanapki" przedstawiającej kobietę na tle pokrytych śniegiem drzew. Powód? To nie zdjęcie, lecz grafika. I wszystko w okolicznościach, gdy zdążyłem już pokazać w owym portalu kilkanaście prac przetworzonych komputerowo. Jakby obraz, który wyszedł z programu graficznego był mniej wartościowy, mniej ważny dla sztuki fotograficznej, czy też szczególnego rodzaju "sztuki" promowanej w internetowej galerii.

fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz fotografia : Mariusz Lalewicz

Osobiście, oglądając jakiś obraz (tak go właśnie nazywam - obraz), nie lubię się zastanawiać, czy powstał on przy użyciu programu graficznego czy też z wykorzystaniem metod stosowanych w fotografii analogowej. Dziś nawet największe fotograficzne sławy korzystają w swojej pracy z komputera i przyznają się do tego otwarcie. Trudno czynić z tego zarzut. Dla mnie istotne jest, by obraz był po prostu dobry i opowiadał jakąś historię. Może to być historia światła i cienia, które błąkają się po tajemnicach kobiecego ciała; może to być leśna mgła w promieniach wschodzącego słońca, z której a nuż coś się zaraz wyłoni.

fotografia : Mariusz Lalewicz

Ludzie zajmujący się fotografią cyfrową i jej przetwarzaniem, przynajmniej w mojej prywatnej nomenklaturze, dzielą się na Poszukiwaczy oraz Tych, Co Już Znaleźli. Na polskich portalach internetowych poziom graficznych zabaw ze zdjęciami jest na szczęście coraz wyższy. Jeśli już ktoś decyduje się pokazać publicznie swoje prace, zwykle są to obrazy przemyślane i fachowo obrobione. Ich autorzy to właśnie Poszukiwacze. Tacy domowi, szufladowi, zwykle bez uczelnianego papierka, za to z głową otwartą na nowości, nie stroniący od eksperymentu. Bo jak to się mówi: nie ważne, by złapać zajączka, ale by gonić go. Niestety w gronie Poszukiwaczy są też początkujący Poszukiwacze, którzy jeszcze nawet nie wiedzą, czego szukają. Pokazywanie swoich pierwszych prób graficznych i wystawianie ich pod osąd zwykle bardzo surowych (bo anonimowych) recenzentów nie służy ich rozwojowi. Przeciwnie, może skutecznie zniechęcić do dalszej pracy. Jednak to właśnie Poszukiwacze a nawet początkujący Poszukiwacze są solą fotograficznej i graficznej gleby. Bez nich na świecie byliby tylko Ci, Co Już Znaleźli.

Jeśli ktoś uważnie śledzi internetowe galerie, z pewnością znajduje wśród zamieszczanych tam obrazków takie, które mimo, że się od siebie różnią, odnosi się wrażenie, że wyszły spod jednej ręki. Właśnie spod ręki Tego, Co Już Znalazł. Przychodzi mi do głowy kilka nazwisk. Wymienię dwa, które cenię szczególnie. To Katarzyna Widmańska i Anna Pomykalska. Obie panie fotografują, bawią się grafiką, jak również malują. Ich obrazy są dla mnie, a zapewne i dla wielu innych amatorów magicznej różdżki Photoshopa prawdziwym natchnieniem. Z pewnością jednak żadna z wymienionych pań nie zgodzi się ze mną, że zaliczam je do Tych, Co Już Znaleźli. Bo skoro zajączek został schwytany, po co znowu go gonić? A jeśli nie ma, po co gonić zajączka... to jaki sens ma dalsza twórczość? Otóż nie tak pojmuję zadanie Tych, Co Już Znaleźli. Według mnie ich zadanie polega na ciągłym zaskakiwaniu. Na takim budowaniu swoich obrazów, aby będąc jednocześnie rozpoznawalnymi, wciąż odkrywały nowe lądy, nowe wyspy i przyczółki sztuki. Wtedy my - Poszukiwacze (do, których nieskromnie chciałbym się zaliczać) - każdego dnia z entuzjazmem będziemy biec na fotograficzne łowy, a potem podnieceni siadać do komputera, aby znaleźć jeśli nie wszystko, to przynajmniej kawałek.

Tekst i zdjęcia: Mariusz Lalewicz


O autorze

Mariusz Lalewicz

Ur. 12 lutego 1970 r. w Zielonej Górze. Absolwent Uniwersytetu Zielonogórskiego (1993) - kierunek filologia wschodniosłowiańska. 1995-1996: dziennikarz w Gazecie Lubuskiej (Zielona Góra). 1996-1997: redaktor naczelny Kuriera Powiatowego (Polkowice). 1997-2004: publicysta w tygodniku Konkrety (Legnica). 2004-2005: dziennikarz w tygodniku Panorama Dolnośląska (Wrocław).