Sztuka
Pejzaż sztuki współczesnej przypomina kolaż barwnych plam wywołany przez ruch rozpędzonej karuzeli: natłok wrażeń utrudnia skupienie się na tym, co autentyczne i wartościowe.
Numer 16 (2/2006) • 31 maja 2006
Robert Suwała. Anatomia sztuki czyli kolana artysty.
Ilustracja: Nicholas Di Genova
Powiadacie mi, przyjaciele, że o gusty i smaki spierać się niepodobna? Ależ wszelkie życie jest waśnią o gusty i smaki.
(Fryderyk Nietzsche)
W wywiadzie udzielonym w latach 20. minionego wieku Picasso zauważył, iż Sztuka jest kłamstwem, które uprzytamnia nam prawdę, przynajmniej tę prawdę, jaką możemy pojąć
. Wielki mag malarstwa nie mylił się, patrzenie jest jedynie sprawą akomodacji soczewki oka, widzenie - sztuką.
Czy jednak słowa Picassa znajdują jeszcze oddźwięk we współczesnej rzeczywistości artystycznej? Czy sztuka nadal odkrywa prawdę dostępną tylko wtajemniczonym?
Obcowanie ze sztuką uczy postrzegać świat poprzez siatkę nowych skojarzeń, dzięki którym rzeczy zamknięte w swej zwyczajności nabywają nowych znaczeń. I nie chodzi tu jedynie o wyostrzenie zdolności dostrzegania piękna - będącego przecież kategorią czysto subiektywną - tam, gdzie wydaje się, że go nigdy nie było. Chodzi o rozbicie indywidualistycznie ustalonego obrazu świata celem jego ponownego zespolenia, ale już przy użyciu nowego układu połączeń. Zmiana kąta widzenia, i tym samym ustalenia nowej choreografii elementów rzeczywistości - oto założenie sztuki.
Sztuka ukazuje się w precyzji łączenia umysłowości z intuicją, bo ostatecznie sprowadza się do harmonii, gdzie rozmaite elementy wchodzą w grę i zadawalają jednocześnie inteligencję, serce i zmysły
(Gide). Ten cel artysta osiągnąć może poprzez opozycję wobec aktualnych kanonów smaku i gustu - w przeciwnym razie skazuje się na brak oryginalności i niemoc.
Twórca nie powinien pełnić roli przewodnika po rzeczywistości, ale przede wszystkim winien być tym, kto skłoni do zastanowienia, "otworzy oczy" czującym potrzebę wyjścia, choćby na kilka chwil, poza schemat własnej codzienności. Pokazywanie rzeczywistości od podszewki z jej stęchlizną i wstydliwymi liszajami zakłamania, co zawsze drażni ponadczasowych w swych gorsetach ograniczenia "obrońców moralności", jest w stanie pobudzić odbiorcę do refleksji. Tylko bowiem silne uderzenie może skruszyć porządek jego świata i wypchnąć z kolein letargu. I sztuka robi to od lat - problem jednak w tym, jak robi to dzisiaj...
W latach 70. zeszłego stulecia Waldemar Łysiak ogłosił esej pod znamiennym tytułem Quo vadis ars?, w którym przedstawił przejawy degrengolady sztuki współczesnej. Pomijając fakt, że pewne dzieła opisane przez autora stały się z pewnością już klasyką awangardy (w dzisiejszych czasach proces "klasycznienia" następuje niepomiernie szybciej), to główna myśl eseju nie straciła na aktualności.
Przeciętny odbiorca w dalszym ciągu ma wątpliwości, jaką postawę przyjąć wobec szerokiego wachlarza propozycji sztuki współczesnej. Odnosi wrażenie, jakby twórcy prowadzili z nim nie do końca uczciwą grę, bo bez jasno ustalonych reguł. Podjęcie tej gry coraz częściej oznacza ryzyko stania się ofiarą zwykłego pseudoartystycznego humbugu.
Przede wszystkim sztuka wyemancypowała się ze swej klasycznej definicji, co dezorientuje jej odbiorców, zazwyczaj nienawykłych do artystycznych eksperymentów. Brak spójnego obrazu sztuki skutecznie utrudnia oddzielenie prawdziwego talentu od hucpy bazującej na sensacji. (Przykładowo, czy przedstawienie nagości w różnych kontekstach sytuacyjnych, tak charakterystyczne dla sztuki ostatniej dekady ubiegłego wieku, rzeczywiście uwypukla kruchość kondycji człowieka uzależnionego od okrycia-symbolu lub społeczne wykluczenie wszelkiej, odbiegającej od medialnego wzoru, ułomności fizycznej, czy raczej jest przykładem strywializowania tematu za pomocą salonowej prowokacji i skandalu?)
Pejzaż sztuki współczesnej przypomina kolaż barwnych plam wywołany przez ruch rozpędzonej karuzeli: natłok wrażeń utrudnia skupienie się na tym, co autentyczne i wartościowe.
Każdy, kto od czasu do czasu bywa gościem galerii, przynajmniej raz, przechodząc obojętnie obok kolejnych prac, uległ grawitacji tej jednej wyjątkowej, której poświęcił chwile własnej samotności. Tylko jej opowieść zdolna była rzucić czar na jego wyobraźnię, aby ta w podnieceniu dopowiadać zaczęła dalszy ciąg narracji. Dla tych paru chwil w ciszy intymności warto przebyć setki kilometrów... Dzieło artysty to gest w stronę potencjalnego odbiorcy, zachęta do emocjonalnego i mentalnego dialogu, opartego na wspólnocie odczuwania. Szkoda, że coraz częściej propozycja twórcy okazuje się monologiem. Język sztuki staje się po prostu niezrozumiały dla przeciętnego odbiorcy. Cierpi na tym nie tylko kontakt odbiorcy z twórcą, lecz głównie sama sztuka skazywana na pogłębiające się osamotnienie. Być może sztuce przyszłości odbiorca nie będzie już potrzebny.
Z pewnością znajdzie się wielu snobów gotowych udrapować w mądre słowa wyświechtany argument, iż główny ciężar winy za brak szerszego rezonansu sztuki współczesnej ponosi społeczeństwo, estetycznie niewyrobione, niechętne wydobycia się z artystycznego analfabetyzmu i cierpiące na atrofię smaku (aczkolwiek trzeba przyznać, że w czasach nachalności kiczu i powszedniejącej wulgarności już sam fakt posiadania smaku jest niezwykle cenny: Błogosławieni smak posiadający, choćby to był nawet zły smak
- Nietzsche).
Oczywiście, jest niepodważalnym faktem, że zainteresowanie sztuką nie ma charakteru powszechnego, ale nigdy takowym się nie cieszyło. Zresztą pojęcie egalitaryzmu obce jest sztuce, i bardzo dobrze... Inna sprawa to zauważalny brak własnego zdania w przedmiocie dokonań sztuki - nie tylko u pozerów i snobów (co nie dziwi), lecz także części tych autentycznie zainteresowanych. Za przewodników, miast własnego rozumu i intuicji, wybierają uchodzących za krytyków miałkosłowych akwizytorów sztucznych mód. Zdecydowana zaś większość prezentuje stosunek obojętny, nierzadko zaprawiony szyderstwem, do których zaliczył się sam Gombrowicz, notując w Dzienniku złośliwą uwagę: Przestańcie kłamliwie twierdzić, że "sztuka zachwyca", powiedzcie zgodnie z prawdą, że wprawdzie sztuka nieco od czasu do czasu zachwyca, lecz że, przede wszystkim ludzie zmuszają się wzajemnie do tego, aby ich zachwycała
. Tę konstatację można uzupełnić o jeszcze jedną uwagę: w pewnych kręgach nie wypada
nie zachwycać się sztuką. Od momentu, gdy autor Dziennika zapisał swoje spostrzeżenia, w relacji widz-sztuka nie zaszły poważniejsze zmiany.
Gwoli sprawiedliwości należy zaznaczyć, iż marginalizacja sztuki i szeroko pojętej kultury przez media, zwłaszcza telewizję, z pewnością nie przyczynia się do poprawy sytuacji (te nieliczne programy o tematyce kulturalnej relegowane przez układających ramówki na późne godziny nocne nie są w stanie wypełnić istniejących prywacji w tym zakresie). O ile merkantylna polityka stacji komercyjnych w tym względzie może nie dziwić, o tyle lekceważący stosunek włodarzy telewizji publicznej do jej kulturotwórczej roli jest co najmniej zastanawiający. A przecież niewielu jest takich, którzy zaprzeczą, że o gustach większości decydują media - może to i smutna prawda, ale w końcu trzeba ją przyjąć do wiadomości, i starać się skutecznie wykorzystać - a sukces lub porażka pozostają w ścisłej zależności od medialnego szumu.
Nawet powierzchowne prześledzenie "losów" sztuki nowoczesnej skłania do refleksji, iż oznaką swoistego upośledzenia awangardy (tej ekstremalnej, ale i tej bardziej stonowanej) jest skrzywiona definicja "nowoczesności". Głuche na głos zdrowego rozsądku pragnienie bycia prekursorem (tylko czego, skoro już naprawdę wszystko było?) skutkuje jedynie tym, że obserwatorzy tych rozdmuchanych zapędów postrzegają sztukę w kategoriach zwykłego nudziarstwa w jej "odkrywczym" powtarzaniu starego czy wręcz zdziwaczenia. Czują się oszukiwani "dziełami" bazującymi na myślowej pustce, a których jedynym celem okazuje się być tania prowokacja. Chęć epatowania menażerią anormalności spycha na dalszy plan autentyczne walory artystyczne. Liczy się tani poklask, szybki medialny sukces - nieważne, że krótkotrwały (najważniejsze, by zaistnieć - reszta przyjdzie sama). Kicz goni sensację, sensacja ściga się z wulgarnością, a artyzm i warsztat, czyli to, co decyduje o materii sztuki, oddano w pacht glajchszaltującej filozofii prostactwa. (Nie ma mowy o sztuce, odkąd w grę wchodzi troska o rekord.
- Gide). Tępa dosłowność, coraz pewniej rozsiadająca się na salonach wystawowych, wypiera jakiekolwiek poszukiwanie. (Koniec piękna oznacza koniec myśli. Malarstwo XX wieku zniszczyło wszelki kształt piękna lub raczej samą ideę piękna.
- Balthus).
Ponadto, gdy spojrzeć na tak zwany rynek sztuki oczami osoby spoza branży, dostrzega się jego amebowatość, jakiś brak wyraźnie zarysowanego szkieletu, wokół którego krystalizowałyby się koncepcje, poglądy spory, przedsięwzięcia artystyczne itp. W zasadzie rynek sztuki, taki z prawdziwego zdarzenia, prezentujący sobą poziom europejski, właściwie nie istnieje. Mariaż ambicji z wieczną improwizacją nie zastąpią sprawnie funkcjonującej sieci instytucji sztuki (galerie, domy aukcyjne) opartej na solidnych i przejrzystych regulacjach prawno-ekonomicznych, gwarantującej właściwą jakość dystrybucji sztuki oraz, dzięki profesjonalnej krytyce artystycznej, kształtującej popyt na sztukę.
Gdy wszystkie mury tabu rozsypały się, gdy już wszystko wolno, współczesna sztuka znalazła się pułapce, z której wydostać się będzie nadzwyczaj trudno. Brak samokrytycyzmu przejawiającego się w totalnej wolności twórczej drastycznie obniżył poziom artystycznych przedsięwzięć. W jednym z wywiadów Stanisław Lem celnie przyrównał współczesną kulturę do bezładnej miazgi. Jakie zatem radzi rozwiązanie? Tylko tworzenie na "pewnym poziomie". Bardzo proste i... prawie niemożliwe! Realizacja tegoż postulatu będzie musiała otrzeć się o cud, bo przecież wiadomo, że tam, gdzie wszystko wolno, wysiłek wyobraźni okazuje się zbędnym balastem...
W tych kilku ustępach utyskiwania nie chodzi bynajmniej o to, aby sztukę współczesną sprowadzić do przyjemnych dla oka obrazków
, lecz o to, żeby przestała, a zwłaszcza jej pewne ekstremum, zajmować się kuglarstwem, i nie udawała, że ma coś do powiedzenia w sytuacji, gdy najrozsądniejszym rozwiązaniem jest milczeć.
Na pewnych obrazach van Eycka można dostrzec, obok podpisu, słowa: als ik kan
(tak jak umiałem). Za lakonicznością tych trzech słów kryje się ocean szacunku mistrza dla sztuki i widza. Dziś ten piękny w swej skromności gest u niejednego nowoczesnego artysty wywoła co najwyżej wzruszenie ramion...
Z pewnością zastanawiasz się Czytelniku o co chodzi z tymi kolanami artysty. Spieszę z wyjaśnieniem. Otóż Gombrowicz z właściwą sobie przekorą zauważył, że Przybyszewski (i nie tylko on) wykazywał szczególną skłonność padania przed sobą na kolana. Może właśnie w tym upodobaniu niektórych artystów do postrzegania siebie z pozycji klęcznej zasadza się problem w nawiązaniu wspólnego wątku z odbiorcami sztuki? Niektórzy bowiem artyści nie potrafią uwolnić się od wyznaczonej sobie roli Artysty z cenzusem. I tylko zżymają się, gdy jakoś nie wszyscy wyrażają chęć dzielenia z nimi ich samofascynacji. Jakby obolałe kolana miały dowodzić autentyczności doznań estetycznych.
Trzeba jednak przyznać, że bycie zakochanym w sobie, i to z wzajemnością, to zaiste najwspanialsza ze sztuk...