Galeria
Wielu malarzy figuratywnych nie lubi malować ze zdjęć, ze względu na pewne ograniczenia tego formatu. Model na fotografii zamrożony jest w konkretnym ujęciu, tło jest zwykle rozmazane, a kolory i światło - spłaszczone.
Numer 17 (3/2006) • 31 grudnia 2006 • english version »»
Monica Cook
Urodziła się w Dalton, Georgia w 1974. Dyplom licencjata z malarstwa zdobyła w 1996 w Savannah College of Art and Design.
Niedawno ukończyła staż w School of Visual Arts in New York City, gdzie obecnie rezyduje, pracując jako artystka.
Jej prace wystawiane były na wielu wystawach indywidualnych oraz zbiorowych w Stanach Zjednoczonych i na świecie, m.in. King Bridge Biennial w Columbus Museum w Columbus, Georgia (2005), Migration w Pinnacle Gallery w Savannah, Georgia (2005), oraz Art Link w Sotheby's w Nowym Jorku, Amsterdam i Tel Awiwie (2000-2003).
Obrazy Cook znajduą się w kolekcjach prywatnych oraz firm, a jej prace zostały zamieszczone w ostatnim numerze magazynu New American Paintings no. 58.
Tłumaczenie: Ewa Wojtowicz
Autoportrety zaczęłam malować kilkanaście lat temu. W wyborze tematu kierowałam się wygodą - malując samą siebie, nie potrzebowałam już innego modela. Obrazy te są w dużej mierze autobiograficzne, ale nie są prostym odzwierciedleniem mnie. Postać na obrazie rozwija się w miarę tworzenia pracy, nie poddając się rygorowi podobieństwa czy oczekiwań.
Po kilku latach malowania autoportretów zaczęłam urozmaicać moje obrazy elementami budowy ciała, które podpatrywałam u innych osób, jak na przykład kolor skóry wokół oczu czy kształt dłoni. W końcu jednak znużyło mnie malowanie postaci z lustra, która mogła przybierać jedynie ograniczoną liczbę pozycji. Z problemem tym uporałam się wykorzystując jako model fotografię. Podobnie jak wielu innym artystom, najlepiej pracuje mi się w samotności, dlatego malowanie z fotografii daje mi możliwość pracy bez konieczności korzystania z usług modela.
Wielu malarzy figuratywnych nie lubi malować ze zdjęć, ze względu na pewne ograniczenia tego formatu. Model na fotografii zamrożony jest w konkretnym ujęciu, tło jest zwykle rozmazane, a kolory i światło - spłaszczone. Nie uważam jednak tego za problem, gdyż elementy te mogą moim zdaniem obraz wzbogacić. Zdjęcie na którym się wzoruję i ukończony obraz to dwa odrębne byty o całkowicie różnym życiu. Fascynuje mnie przekładanie języka fotografii na język malarstwa, który nie jest tak ściśle uzależniony od rzeczywistości i gdzie każdy ruch pędzla jest zamierzony i świadomy.
Malowanie zawsze było dla mnie możliwością autoeksploracji, a malowanie wielu różnych osób daje mi, paradoksalnie, większe do tego możliwości. Kiedyś wydawało mi się, że malowanie samej siebie jest oznaką dużej odwagi. Teraz jednak wiem, że to malowanie innych jest znacznie bardziej ryzykowne. Malowanie znajomych było dla mnie początkowo ogromnie męczące psychicznie, ponieważ za efekt nie odpowiadałam wyłącznie przed samą sobą, jak to było w przypadku autoportretów. Musiałam zacząć się liczyć z uczuciami osób bliskich.
Oczekiwania modela względem powstającego obrazu i sposobu prezentacji jego osoby ograniczały mnie i frustrowały. Chciałam aby, tak jak w moich autoportretach, osoba przedstawiona była pretekstem, medium przez który przechodzi prawdziwa treść obrazu. Moim celem nie jest odwzorowywanie wyglądu danej osoby. Jest to ogromnie trudne, i często również męczące i nudne zadanie. Znacznie bardziej cieszy mnie odkrywanie nieznanego.
Często wciąga mnie bardzo precyzyjne odwzorowywanie detali, takich jak faktura czy przezroczystość skóry, uwypuklenia żył, nikły połysk warg czy wilgoć gałek ocznych. Wszystko to nadaje obrazowi niepokojącego charakteru.
Uwielbiam malować tkanki, bo one dokumentują historię jednostki. Konkretne wydarzenia wyryte są zmarszczkami na twarzy, siniakami i bliznami na ciele. Zauważyłam u siebie tendencję do szczególnego podkreślania tych detali. Uzyskuję przez to na obrazie bardzo silny kontrast pomiędzy życiem wewnętrznym jednostki przebijającym się przez cielesność.