![]() |
![]() Pierwszy |
Prasa A4 magazine
Kilka lat temu na polskim rynku prasowym pojawiła się polska wersja magazynu Max. Wtedy było to wydarzenie nie mniejsze niż ukazanie się polskiego Playboya, aczkolwiek pismo było dość specyficzne i na pewno skierowane było do bardziej ograniczonego kręgu odbiorców. Wynikało to przede wszystkim z konwencji charakterystycznej dla Maxa – czyli próby stworzenia pisma alternatywnego z wyższej półki. Przekładając to na język mody, Max miał ambicje stać się swoistym haute couture polskiej prasy. Niestety przegrał już na starcie z ukazującą się wówczas machiną, pismem bardziej schlebiającym masowym gustom i wyraźniej nastawionym na informację muzyczną a nie artystyczną.
Max wyróżniał się na rynku prasowym jeszcze jedną ważną cechą – oprawą graficzną. Świetne komponowanie składu, odważna kolorystyka, duża dbałość o typografię, wyróżniały ten magazyn z pośród innych dostępnych (oprawa graficzna machiny to już temat na odrębny artykuł, który zresztą nigdy nie powstanie, bo po co odgrzebywać trumnę) w ówczesnych Empikach. Upadek Maxa dał jasno do zrozumienia, że polski masowy odbiorca nie jest zainteresowany pismem, którego konwencja tak odważnie czerpałaby inspiracje z różnych dziedzin sztuki, nawet jeśli byłoby to podfarbowane elementami kultury popularnej i zamieszczaniu wysokiej jakości, świetnych wizualnie, zdjęć modelek przedstawiających najnowsze trendy w modzie popularnej. Oczywiście nie sposób dziś stwierdzić czy upadek Maxa był spowodowany bardziej mniejszym zainteresowaniem ze strony odbiorcy czy też błędami marketingowymi – to już pozostanie tajemnicą naczelnego Maxa, Kamila Sipowicza. Od momentu zniknięcia z rynku Maxa, a jakiś czas potem Machiny, powstała mogłoby się wydawać luka na rynku prasowym, którą czym prędzej ktoś będzie chciał wypełnić. Długo przyszło nam jednak czekać aż ukazał się magazyn, który w jakimś stopniu, poprzez swoją konwencję nawiązywał do Maxa (mniej do machiny)... Pierwszy numer A4 ukazał się w ubiegłym roku. Dziś mam przed sobą czwarty numer (w Empikach może być już dostępny piąty) i na podstawie tego co już pokazali twórcy A4 można napisać kilka słów recenzji. Jeśli komuś nie chce się czytać szczegółów, złamię w tym miejscu zasady pisania artykułu i końcową konkluzję napiszę już teraz: A4 to lukrowana czerstwa bułka, pod płaszczykiem dyskusyjnej elegancji (o tym poniżej) nie reprezentująca swoją zawartością żadnej wartości. Pismo, pod redakcją Mikołaja Komara, to kilkadziesiąt bezsensownie zadrukowanych stron, aspirujących do owego haute couture dla pięknych dwudziestoletnich, co samo w sobie nie byłoby niczym złym, gdyby było wykonane rzetelnie i z pomysłem. A właśnie pomysłu na to pismo zabrakło. Teoretycznie zawartość miesięcznika, oferuje wszystko to, co powinno stanowić o sukcesie czyli modę okraszoną dość dobrymi zdjęciami, trochę muzyki, sztuki alternatywnej itd. Dodatkowo jak piszą sami twórcy A4 ma być w głównej mierze magazynem o modzie – i myślę, że w tym miejscu twórcy przejechali się na własnych ambicjach. Głównym elementem stanowiącym o sukcesie nowoczesnego magazynu o modzie, jest opiniotwórczość – słabo reklamowany, słaby merytorycznie, balansujący na granicy mody i kultury popularnej magazyn nie ma szans na sukces. W pewnym sensie odwoływanie się przy pisaniu tej recenzji do Maxa, nie ma sensu, po pierwsze dlatego, ze Max mimo swoich zalet poniósł klęskę, a po drugie dlatego, że był pismem, którego kupno nie było wyrzuceniem kilku złotych do kasy pani Zosi w kiosku. Dlaczego? Różnica jest zasadnicza. Przede wszystkim wartość merytoryczna artykułów. To co serwują nam dziennikarze z A4 jest miałkie aż do bólu, dobór tematów jest kompletnie przypadkowy, dotyczy to w głównej mierze, artykułów wykraczających poza modę. W czwartym numerze mamy mini artykulik o nowej sztuce chińskiej. Temat, wydawałoby się jest polem do popisu zwłaszcza przy doborze zdjęć – my zaś dostajemy, potraktowany tekstowo po macoszemu, upstrzony malutkimi zdjęciami (dodatkowo nieciekawie pokazanymi) artykulik. I jeszcze jeden przykład – artykuł “człowiek świata” o amerykańskim artyście Jamesie Turnellu. Co z tego, że na początku dostajemy na dwóch stronach 3 przykłady jego prac, kiedy potem na następnych dwóch stronach, mamy bite dwie strony tekstu urozmaicone jedynie malutkim zdjęciem samego artysty – sarkastyczne brawa za skład i kompozycję. W ogóle jeśli chodzi o skład, typografię i wszystkie te smaczki, które powinny także stanowić o sile wizualnej magazynu (ponownie vide Max), są przynajmniej według mnie, co najmniej nieprzekonujące. A4 obrał drogę minimalizmu, dużych plam bieli, ostrych czarnych czcionek, prawie zupełnie zrezygnował z koloru w elementach kompozycji – i samo to nie byłoby wadą, baaa... nawet w szczególnym wypadku mogłoby być zaletą, gdyby nie było... nudne, tak jak ma to miejsce na stronach A4. Wszyscy (chyba...) wiemy że minimalizm, w dobrym wydaniu, jest czymś arcy miłym dla oka. Ale wiemy też, jak trudno jest utrzymać tę wizualną przyjemność przy tak małej gamie środków. Grafikom z A4 nie udało się wyjść poza statyczny, przewidywalny już po kilku stronach, minimalizm a dodatkową porażką jest bardzo mierna umiejętność ciekawego, zwracającego uwagę operowania czcionką (żeby ponownie nie wracać do Maxa, weźmy za przykład 2+3d). Oczywiście mój zarzut mógłby być odpierany stwierdzeniem, że klasyka jest uniwersalna, ale w przypadku takiego pisma jak A4, mającego wyższe ambicje niż np. Magazyn Gazety Wyborczej (notabene dużo ciekawszy graficznie), można by wymagać o wiele więcej. Podsumowując, jeśli A4 ma być pismem dla krewnych i znajomych królika (w miejsce królika wpisz polskiego projektanta, o którym napisano parę słów w piśmie), to wszystko gra. W innym wypadku to pismo to porażka, bo jak inaczej nazwać magazyn, które tak naprawdę jest magazynem dla nikogo, nawet za dość przystępną cenę 7 złotych... |