WEBESTEEM | BATTLE AREA | FORUM
art & design
webesteem magazine | nr 2 | prezentacje
art & design
art & design

Maciej
Szymanowicz
Moim marzeniem było robienie stron internetowych i ulotek. Rysowanie jednak było czymś co lubiłem i co mi jakoś tam wychodziło już od wczesnych lat dzieciństwa.

Poniżej ilustracje
w dużych rozmiarach:

Wywiad

Lubię robić
obrazki smutne i brązowe

Rozmowa z Maciejem Szymanowiczem

 

Twoje prace oglądam od chyba dwóch, trzech lat, a tak naprawdę nic o Tobie nie wiem. Dziś dowiedziałem się, że nazywasz się Maciej Szymanowicz, i właściwie tyle. Nie wiem ile masz lat, czy studiujesz, czym się zajmujesz, czy skończyłeś jakąś szkołę artystyczną? Mógłbyś przybliżyć nam kim jesteś?

Zdarzyło mi się skończyć jedną szkołę artystyczną. Zaczynałem natomiast dwie. Żadna z nich nie była związana z grafiką. Dyplom jakiś wyniosłem z Akademii Teatralnej - lalkarskiego wydziału warszawskiej szkoły, który to wydział mieści się w Białymstoku. Zdarzyło mi się nawet być aktorem. Miałem szczęście pracować z Teatrem "Wierszalin". Trwało to około półtora roku, ale to nie był zawód dla mnie. Chyba za dużo mnie interesowało, zamykanie się w jednej dziedzinie odczuwałem jako niewolę. Równocześnie usiłowałem muzykować (bo ta druga szkoła artystyczna to była szkoła muzyczna - kierunek wokalno-operowy). Jednak pewnego dnia - wiedziony chyba wspomnieniami wypieków na twarzy jakich dostawałem grając w River Raid na ATARI kolegi - postanowiłem zając się GRAFIKĄ KOMPUTEROWĄ. Nie miałem o tym zielonego pojęcia. Ale miałem mnóstwo zapału. I wiary w siebie. I jakiś czas później zaczęło się pojawiać pojęcie. Moim marzeniem było robienie stron internetowych i ulotek. Rysowanie jednak było czymś co lubiłem i co mi jakoś tam wychodziło już od wczesnych lat dzieciństwa. Więc ta grafika komputerowa to nie był znowu taki pomysł z kosmosu...

Dziś mam 27 lat, pracuję jako grafik reklamowy. Lubię to robić, robię to przez większą część doby. Ale to chyba nie jest moje finalne przeznaczenie... Tak sobie myślę. To miłe zajęcie, jest iluś tam ludzi, którzy cenią mnie jako grafika i projektanta reklamowego i uwielbiam z nimi pracować. Ta praca rozwija mój warsztat, zasila konto. I to jest w niej fajne. Ale - na dzień dzisiejszy (bo mam się za dynamiczną jednostkę) - moim marzeniem jest robienie ilustracji. Obrazków, które ukażą się gdziekolwiek. Byle je ludzie zobaczyli. Może to być książka dla dzieci, pismo o biznesie, pocztówka i sto innych rzeczy. Byle ludzie na to patrzyli swoimi oczami i widzieli w tym moje patrzenie na świat, moje ludziki, chmurki, moje niebo. Rysowane lub fotokomponowane kompletnie według mojego widzimisię.

Na swojej stronie prezentujesz głównie ilustrację, czy jest może jeszcze nieznane mi miejsce w którym pokazujesz np. projektowanie, grafikę?

Ta strona z założenia prezentuje moje osobiste obrazki. Tworzone z czystego impulsu stworzenia czegoś interesującego, bez żadnego zamówienia. Niestety większość grafiki którą tworzę to grafika reklamowa. Ale nie ma się czym chwalić... Tymi reklamowymi projektami chwalę się tylko wtedy gdy szukam kolejnego zlecenia. To czasami ładne, ale jednak bezosobowe wytwory kompromisu pomiędzy moim patrzeniem a oczekiwaniami klienta (fuj, co za okropne słowo!). Nie ma tam mojej kreski, nie ma mojego widzimisię... Dążę do tego by tych prawdziwie moich obrazków było na świecie więcej, ale ciągle... brak czasu. Błędne koło zarabiania pieniędzy. Moim noworocznym postanowieniem ostatniego pierwszego stycznia było, by zmienić tę sytuację. Wierzę, a nawet wiem, że się uda. Wtedy zobaczysz moje obrazki w innych miejscach :-)

Czekam na to.

Pytanie o inspiracje jest bardzo typowe, ale jednak zapytam. Najtrafniejszą odpowiedzią na pytanie "co Cię inspiruje" jest "życie", a może coś jeszcze?

Hmmmmm... w pierwszym momencie chciałem powiedzieć, że tak naprawdę nie ma żadnej inspiracji... że wyjmuję to wszystko z siebie. Ale tak sobie myślę, że jest wprost przeciwnie. Inspirują mnie przede wszystkim inni ilustratorzy. Staram się oglądać jak najwięcej obrazków innych twórców. Zawsze staram się oglądać dużo naraz (bardzo pomocny jest tu internet!), by nie zatrzymać się przy nikim zbyt długo, by uniknąć bezpośredniego ściągactwa. Ale takie sytuacje są nieuniknione. Dojrzewają jednak we mnie i przetrawiam te chwilowe inspiracje, fascynacje na swój język. Ci, którzy będą oglądać moje prace nie dadzą się nabrać, wiem to. I tak naprawdę niewielu potrafię wymienić ilustratorów którzy mnie wcisnęli w fotel. Poza jednym, niedoścignionym wzorem. Są tacy kolesie w Belgii, którzy wydają albumy zatytułowane EILAND. Dla mnie to jest absolut. Ale z nimi nie usiłuję się mierzyć... To jest Monty Python grafiki. Tylko zapisany sanskrytem. Nie pojmuję ich do końca... Nawet gdy dla celów ćwiczebnych usiłuję ich naśladować, zerżnąć z nich choć troszkę - czuję się bezradny. I chciałbym by tak zostało. A tak w ogóle to kręci mnie strasznie komiks. Ale nie ten tasiemcowy - BATMAN i jego kolesie. Za mistrzostwo świata uważam np. TYTUSA, choć w tym wypadku podejrzewam się o sentymentalizm. Próbuję od czasu jakiegoś swych sił w tym medium, ale jeszcze muszę trochę popracować. Tak naprawdę wolę krótsze formy, jakieś takie nowelki komiksowe - często bez dymków. I tu znowu ukłon w stronę EILANDu. Według mnie są w tym mistrzami... Ale mieszkając w Polsce trudno wyrobić sobie zdanie o komiksie. Tu nie powstają tzw. artystyczne komiksy a i komiksy po postu zakręcone zdarza się widzieć rzadko. Nie wierzę w cały ten boom komiksowy o którym się pisze. Może za dużo szukam w komiksie...? I tylko przed MIKROPOLIS chodzę zawsze na kolanach.

To tyle jeśli chodzi o grafikę. A najlepsze pomysły na obrazki przychodzą mi do głowy, gdy nieopatrznie trafię na nudny spektakl do teatru... Wyłączam się tak wtedy z rzeczywistości tak kompletnie, jak w żadnej innej sytuacji. Mózg wypluwa z siebie milion pomysłów. Na ten milion z reguły zdarza się kilka interesujących. Tylko jeszcze nie znalazłem skutecznego i subtelnego sposobu notowania ich w teatrze, tak by nie przeszkadzać innym widzom. Pracuję nad tym :-) A póki co występuje u mnie w takich sytuacjach syndrom wodospadu dobrych dowcipów: gdy usłyszysz ich za dużo naraz - nie zapamiętujesz żadnego.

A przy tym wszystkim nie da się uniknąć najbardziej typowej odpowiedzi na to Twoje typowe pytanie: inspiruje życie. Może bardziej PRZEŻYCIE. Suma radości i kopów w tyłek jakie zdołałem zaliczyć. Zamknięcie przeżycia w ramce obrazka daje niesamowite poczucie spełnienia... Ale inspirują też opowieści, prawdziwe, banalne sytuacje, które czasami są śmieszniejsze niż Monty Python.

Wrócę do komiksów. Batman jest jednym z moich ulubionych superbohaterów, ale zapytam o Tytusa. Mistrzostwo świata? Myślę że do niego spokojnie może dołączyć Kajko i Kokosz, Kleks, Żbik, i Funky Koval? Tylko sentymentalizm czy coś więcej?

Z wymienionych przez Ciebie tytułów wierny pozostałem jedynie Tytusowi. Wierny... To też nie tak, bo te późniejsze książeczki, mniej więcej od księgi o malarstwie, czy o ruchu drogowym - to jakaś cepelia. Tylko że sam już nie wiem, czy nie podobają mi się bo gdy czytałem je po raz pierwszy byłem za duży, czy naprawdę odbiegają od poziomu wcześniejszych produkcji. To jest ten problem z sentymentami... do dziś pozostałem wierny książkom Niziurskiego, ale tylko tym które zdołałem przeczytać w dzieciństwie. Co więcej - nie jestem w stanie przeczytać nowego wydania "Awantur kosmicznych" ze zmienionym tytułem i badziewną okładką. Tu się chyba objawia sentyment... Komiksy które wymieniasz czytałem w latach szczenięcych. Po sto razy, z wypiekami na twarzy. Wtedy było trudno kupić komiks, ale mój kolega z klasy miał ich cały tapczan. Kiedy pierwszy raz otworzył ten tapczan - to był szok! Raj na ziemi. Wtedy najbardziej kręcił mnie Kajko i Kokosz. Dziś widzę w tym pewną sztywność. Nie bawią mnie te chłopaki. Za to słowa: "Takie sanki robili już starożytni Egipcjanie" do dziś uważam za jedno z największych osiągnięć polskiego humoru. Funky Koval, Żbik... tu nawet sentyment nie pozostał. Tak sobie myślę, że to była za mała pożywka dla mojej wyobraźni. No bo zadajmy sobie pytanie: jakim głosem mówi Tytus? Jak się porusza? Ile lat mają Kajko i Kokosz? Nie ma odpowiedzi na te pytania, ale nie trzeba ich sobie zadawać! One nie przychodziły mi do głowy gdy pochłaniałem te książeczki. Jacyś kolesie spróbowali dać odpowiedź na to pytanie i zrobili film o Tytusie. Ale mnie ten film po prostu nie ruszył. To nie miało nic wspólnego z oryginałem. Nie było nawet żadnego SOLARIS: film jest do dupy bo niepodobny do książki. A ten film mnie zachwycił. Nie da się zrobić filmu na podstawie prozy Nabokova, bo ona jest skończona i nie przyjmie żadnego rozwinięcia ani dopowiedzenia. Zostanie zgwałcona, wykorzystana. Zdarzy się z tego czasem fajny sex, ale to już nie ma nic wspólnego z oryginałem. To jakieś karkołomne porównanie, ten Papcio Chmiel i Nabokov... Ale może to o to chodziło: nieprzekładalność i skończoność świata zamkniętego w tych historyjkach obrazkowych. To pozwalało odbierać je jako prawdziwie, mimo że były kompletnie zmyślone. Tak... moje ludziki w prawdziwym świecie trafiłyby do lekarza i wyszły z diagnozą: WODOGŁOWIE. Zresztą dostawały taką diagnozę, gdy próbowałem je zatrudniać do jakichś projektów reklamowych.

A muzyka, film?

Muzyka - nie. Nigdy. To jest zupełnie inny poziom percepcji i odczuwania. Uwielbiam muzykę, ale słuchaniu jej nie towarzyszą obrazy. Jest wystarczająco bogata i wspaniała by radziła sobie bez pomocy innych mediów. Nie mieszam jej w głowie z obrazami. Gdy do mnie trafia, nie ma już we mnie miejsca na obraz... Wyzwala uczucia. Przenosi w czasie i miejscu... Jest niedotykalna, nie można wodzić po niej palcem. Można tańczyć. Taniec to jakaś jej prymitywna wizualizacja - taka na jaką nas stać. Ale muzykę trzeba uprościć, by każdy mógł przy niej zatańczyć. Muzykę trzeba uprościć, by w percepcji odbiorcy zostało jeszcze miejsce na obraz. To widać w muzyce filmowej. Słychać raczej :) A raczej nie słychać. No i jesteśmy przy filmie. Inspiruje mnie. Gdy jest fajnym OBRAZEM.

Ale tak naprawdę inspirują mnie nie konkretne rozwiązania, szczegóły, tylko atmosfera. To jej szukam. Atmosfera to sposób postrzegania całości sytuacji, sceny... Atmosfera może się zdarzyć wszędzie. Jest wszędzie. i w życiu i w twórczości. Tylko że tak sobie teraz gadam jak nakręcony, a potem siadam, rysuję i nie myślę o tym wszystkim co Ci tutaj naopowiadałem (taki jestem bardziej mądry bo to wywiad przecież :-) Mam coś w głowie - widzę to. Chciałbym się tym z kimś podzielić. Ale opowiedzieć się nie da. Więc rysuję. Powstaje obrazek. Czasami sam chcę zobaczyć co mam w głowie. Spotyka się dwóch Maćków - ten niespokojny, ukryty we mnie zaczyna. A ten ja, który ma imię, nazwisko i ciało - kończy. Niesamowite spotkanie. Rysując można się sporo o sobie dowiedzieć. Często rzeczy zaskakujących...

Jestem szczęśliwym posiadaczem kartki pocztowej z Twoim rysunkiem.

Z kartkami to dla mnie bardzo ważna historia. Bo to ludzie, którzy wydają te kartki - Ilustris z Wrocławia - bardzo pomogli mi uwierzyć, że to moje frywolne rysowanie niekoniecznie spocznie w jakiejś szufladzie - internetowej lub realnej. Że to coś warte. Ciągle mam poczucie, że wszystko przede mną. Tylko muszę mieć czas na rysowanie. Na razie zjada mi go praca. Ideałem byłoby płacenie rachunków pieniędzmi zarobionymi rysowaniem tego, co naprawdę lubię rysować...

Twoje prace przywodzą mi na myśl książeczki które oglądałem w dzieciństwie (większość mam na półce do tej pory). Czy polska ilustracja z lat 80 też miała na Ciebie wpływ?

Zazdroszczę książeczek na półce - ja je głupi powyrzucałem jak mi zaczęły rosnąć włosy na piersiach. Nie wiem czy miała wpływ, ale podejrzewam, że tak, bo byłem dzieckiem czytającym. Jednak nie jestem w stanie odnaleźć dziś jakiegoś bezpośredniego związku... Choć kilka książeczek ciągle stoi mi przed oczami i rzeczywiście często odczuwam ich plastykę jako ciepłe okulary... Jedną z tych które najbardziej zapadły mi w pamięć była książeczka z serii POCZYTAJ MI MAMO pod tytułem bodaj "Co mam". Była smutna i brązowa. A ja bardzo lubię robić obrazki smutne i brązowe. Choć największą frajdę sprawiają mi obrazki zabawne i kolorowe :)

Ja bym powiedział że na stronie przeważają te zabawne i brązowe. I to właśnie mi się podoba w Twoich pracach; forma jest powiedzmy smutna ale treść przewrotna i radosna.

Jak to, kurde, radosna? Co jest radosnego w pani Celestynie, która bawi się w Roberta Makłowicza? Dlaczego ona nie jest Makłowiczem tylko bawi się w niego w jakiejś śmierdzącej kuchni? Co jest zabawnego w ludziku w Twojej głowie który ucieka przed Tobą gdy go potrzebujesz? Co bawi Cię w pijaku, który nie dość że ma marzenia na poziomie flakonu czystej to jeszcze gdy dostanie zaczarowany ołówek, spierdoli nawet to, co tak dobrze zna i rysuje niesmaczną wódkę... Dzieciak który sięga patykiem słońca za chwilę zamieni się we własną matkę i nie będzie własnym dzieciom nawet pozwalał marzyć! Potworność!

Pani Celestyna dla mnie przede wszystkim "bawi się", a czy jest to śmierdząca kuchnia to tylko Ty możesz powiedzieć. Ja widzę uśmiech na jej twarzy. Są jeszcze serduszka, ojciec z dzieckiem puszczają latawiec, nie jesteś taki straszny.

Cieszy mnie niezwykle, że odbierasz to inaczej. Jest w tym jakaś nadzieja, hihihi! Moja kuchnia nie śmierdzi, ale to imię nie jest przypadkowe. Z góry przepraszam wszystkie Cesie, ale to imię to znak. Zamiast rysować starodawna kuchnie, zniszczone ścierki i lepka ceratę sugeruje to wszystko imieniem. To jest skrót, ale jednocześnie sytuacja otwarta... Ta kuchnia równie dobrze może pachnieć świeżutkim makowcem... Ojciec uczy syna fruwania. Ale w marzeniu o lataniu nie chodzi o to by obserwować latawiec puszczany przez ojca. Chodzi o to by puszczać latawca. Jeszcze fajniej byłoby fruwać samemu, najfajniej bez sznurka... A w innej warstwie chodzi o to, że mały chłopiec marzy o tym by przepiłować deskę, a nie przytrzymywać deskę piłowaną przez ojca. Oczywiście większość małych chłopców nie przepiłuje deski prawidłowo i będzie trzeba iść do sklepu po nowa albo stawiać komiksy na krzywej półce. Ale ja do dziś nie bardzo piłuję. Zresztą może to i dobrze bo to ryzykowna czynność, a żyje głównie dzięki sprawności moich palców. A serca na obrazkach - jak serca w życiu. Raz fruwają, a raz są jak kamienie uwiązane do szyi. A jeszcze innym razem płatają figle... Ale co do Celestyny, to chyba rzeczywiście dobrze jej z tym Makłowiczem. Każdy chciałby być w telewizorze. Ona w tym momencie jest.

Bo to jest tak, że staram się robić obrazki wieloznaczne. One są trochę jak lustra... Pokazują różne wizerunki - zależy kto patrzy. Nie rysuję z założenia smutno albo z założenia wesoło. Sam też się w tych obrazkach przeglądam i widzę różne rzeczy - zależnie od nastroju... A więc czasami chłopiec NAPRAWDĘ dotyka patykiem słońca tylko mama tego nie widzi. A pijak - to już w ogóle ubaw po pachy.

Dziękuje gorąco za czas, który mi poświęciłeś.

Dziękuję i ja. Na codzień rzadko kto chce wysłuchiwać takich domorosłych mądrości. Wywiad wywiadem, ale straszną frajdę sprawia mi spotkanie kogoś, kto się przyjrzał moim stworom. Czy mu się podobało, czy nie - to już inna sprawa. Ale się przy nich zatrzymał. To ważne... Tyle teraz powstaje tych obrazków.

Na początku wywiadu powiedziałeś, że nic o mnie nie wiesz. Bo to tak naprawdę niepotrzebne obrazkom. Muszą bronić się same. Gdy kończę rysować, staję się dla nich tylko obciążeniem. Zobaczyłem niedawno w czasopiśmie jak wygląda Marek Raczkowski. Fajnie wygląda. Ale jakiś czar tych obrazków prysł... Niby to nic wielkiego, ale mogłem ominąć akurat ten numer "Przekroju"... Bo ja myślałem, że on wygląda jak pan Stanisław z Łodzi na przykład...

Rozmowę prowadził Tomasz Kaczkowski

art & design
webesteem magazine | nr 2 webesteem magazine is a part of webesteem.pl  |  copyright © 2001-2004 webesteem.pl  
art & design