WEBESTEEM | BATTLE AREA | FORUM
art & design
webesteem magazine | nr 4 | fotografia
art & design
art & design

Szybki ogląd
strony pozwala
mi poznać
miejsce zamieszkania, numer telefonu, ulubione używki i preferencje komputerowe autora

Fotografia

Nie zakładaj fotobloga
Jutro ktoś inny zrobi to za Ciebie

 

Do napisania tego artykułu zostałem zmuszony. Zmuszony wędrówką przez polskie cyfrowe fotoblogi. Wybrałem się w tę wędrówkę z niewielkim bagażem doświadczeń. Oczywiście wiem co to jest blog, fotoblog i mam nadzieję, że wy także to wiecie. Bywałem kiedyś dość nieregularnym czytelnikiem paru blogów, a z fotoblogiem tak naprawdę zetknąłem się niedawno za sprawą linka na jednej z odwiedzanych przeze mnie witryn internetowych. Sprawdziłem prezentowaną stronę. Przed moimi oczami pojawiły się fotografie - jedna pod drugą przedzielone niewielką porcją tekstu. Obejrzałem to co miał do pokazania autor na pierwszej stronie, przez głowę przemknęła pewna myśl i zapomniałem o całym halo.

Dopiero kilka dni temu przypomniałem sobie o tym nowym doświadczeniu sieciowym i postanowiłem sprawdzić co mają do powiedzenia (precyzyjniej - pokazania) inni fotoblogerzy. Zaparzyłem mocną Inkę i usiadłem spokojnie przed monitorem. Wpisałem do wyszukiwarki "polskie fotoblogi" i jazda. Link rozpoczynający wyniki wyszukiwania skierował mnie na fotoblog o dosyć odmiennym rozszerzeniu domenowym występującym w blogosferze. Jednak okazał się naprawdę polski.

Autora znam jeszcze z czasów gdy o fotoblogach nikt nie marzył i wiem, że potrafi opowiadać czy to za pomocą słów czy też obrazów. Szczerze powiedziawszy zapamiętam go jako prekursora zawoalowanego prezentowania dóbr materialnych (buty Ecco, palmtop czy też karta kredytowa, dzięki której można robić zakupy na amazon.com), ale wiem, że jest szczery i ma dystans do samego siebie. I niech tak zostanie.

Na fotoblogu trafiłem na multiobraz (kilka połączonych zdjęć), który naprawdę mi się "przydał". Obraz, który po prostu pokazywał coś czego jeszcze nie widziałem, a chciałem zobaczyć. Nie klikając na dosyć skomplikowane archiwum skierowałem wzrok w stronę linków. To tu właśnie są te "polskie fotoblogi". Klikam z otwartymi oczami na byle który i przenoszę się w nowe miejsce. Kobieta - nie trudno zauważyć przeglądając tą stronę. Tak - to napewno kobieta.

Około 75 procent zdjęć przedstawia ją samą. Zadbała żeby nikt nie miał co do tego wątpliwości. Typowa kobieta-fotoblogerka. Połyskliwe zimowe obuwie na jednej z fotek przywiodło wspomnienia z dzieciństwa. Obejrzałem wszystkie zdjęcia z "niesamowitą" uwagą, a ostatnie zdjęcie okazało się zdjęciem widzianym wielokrotnie w czasie mojej dalszej podróży. Widzimy ten obraz codziennie, ale rzadko go fotografujemy. Chyba, że jesteśmy fotoblogerem. Nasze odbicie w lustrze. Jednak jest jedna zasada - wraz z nami aparat fotograficzny musi zarejestrować sam siebie. Najlepiej tak, żeby bez trudu rozpoznać markę i model.

Spragniony nowych doświadczeń wzrok szuka linków i znajduje je w znajomym miejscu. Kolejny losowy klik i kolejny widok powtarzający się na dalszej drodze - smutny napis " na razie pusto". Szkoda. Całe szczęście, że linki są w tym samym miejscu. Wzrok nie musi błądzić. Stukam na jedną z pozycji na dłuższej liście. Zła passa trwa - drugie "narazie pusto". Nie pozostaje nic innego jak klikać w prawy górny róg. Już teraz na ślepo. Człowiek szybko się przyzwyczaja.

Coś nowego - fotoblog studencki i to z fabrycznego miasta. Klimaty się zazębiają: film, fotografia, komputery, zera i jedynki obłażące pewną panią. Nie robią na mnie wrażenia zdjęcia z sal wykładowych. Może dlatego, że nigdy nie byłem studentem? Choć podziwiam panią profesor za długość spódnicy. Próbuje wyjść z zajęć, ale okazuje się to trudne. Żadnych linków do fotoblogów? To chyba nie jest fotoblog. Jak tu trafiłem? Wracam do "na razie pusto" i po raz kolejny klikam na listę.

Coś innego - reporterka, nie muszę włączać telewizora. Może pokazana z żabiej perspektywy, ale nadal takie same jak w "Vivie". Jeszcze rzut oka na portret autora i jazda dalej. Znajduję linki (jeden nawet z Chin) i rzucam się w otchłanie internetu. Kolejna kobieta. Jestem pewien, multifotos dziewczęcej twarzy robiącej miny, nie pozostawia wątpliwości. Blog nie wprawiający w żadne rozterki. Wszystko jest na swoim miejscu - buzia w wielokrotnym wydaniu, zbliżenia butów no i odzew na jakże modną akcję "pokaż co masz w torbie". Nawet czubki butów zdołały się załapać kolejny raz w kadrze. W torbie nie znajduję nic ciekawego, więc rozglądam się w poszukiwaniu wyjścia. Gdzie je mogę znaleźć? W prawym górnym rogu oczywiście. Wielokrotnie słyszane "klik" i ląduję u kogoś innego. Wprowadzony tu przez blogową koleżankę. Inna konwencja graficzna, a zaprzęgnięte wyższe technologie internetowe wprawiają mnie w lekkie zakłopotanie.

Zdjęcia prezentowane osobno, po kolei i zasadnicze pytanie: jak można wykonać takie fotografie za pomocą polaroidu? Skopane proporcje ramki wokół zdjęć zdradzają podróbkę i zmuszają do kolejnego pytania: po co ta imitacja? Kolejna moda? Autor zna najlepszą odpowiedź. Przerywam dosyć długie przeglądanie zdjęć i klikam w inną historię.

Deja vu - od tego się wszystko zaczęło. Widzę chłopaka pokazującego jak zajebiście jest modna bluza z kapturem, w której pojawia się na każdym swoim zdjęciu w przeciągu paru dni. Jak zajebiście jest mieć zaawansowany technologicznie telefon komórkowy i perfumy znanego kreatora mody. Wszystko ubarwione autoportretami sugerującymi jednoznacznie płeć autora. Oczywiście nie sposób nie wspomnieć o zdjęciu zawartości torby. Wszystko elegancko podpisane, jak w muzeum, abyśmy nie mieli wątpliwości co jest co.

Swoją drogą sądzę, że gdyby na takich akcjach jak "torba" można by zarobić, to pomysłodawca mógłby już kupić sobie coś modnego i pokazać na swoim fotoblogu (jeżeli ma oczywiście takie ambicje). Torba przypieczętowana łazienkowym zdjęciem bluzatego chłopca wraz z autorem i aparatem w lustrze. Podsumowując - oprawa modna, zdjęcia kolorowe. Jedno jest pewne - strona jest znana (przynajmniej mnie) dzięki linkowi na znanej witrynie. Kieruję się na górę strony i klikam próbując ucieczki od tego kolorowego i jakże nudnego świata.

Nareszcie trafiam na inne klimaty. Kraina ulubionych przeze mnie zwierząt. Zdjęcia umieszczone na stronie budzą wątpliwości: czy aby sam autor nie jest zwierzęciem. Z wielkim zaciekawieniem spoglądam na jego świat. Mam nadzieję że nie trafię teraz na jakąś "zajebistą" stronę. Pomyłka - rączka, rączkę myje (teraz jestem pewien, że obie strony są fotoblogami). Wracam i szukam dalej. Kolejne kliknięcie pomaga mi w zobaczeniu zawartości następnej torby i paru strasznej jakości zdjęć prezentujących obrazy intrygujące zapewne jedynie autora. Sraczkowaty kolor tła działa poganiająco - klikam i znikam.

Trafiam na monochromatyczny fotoblog o gwiazdach. Czyli znowu "viva" tylko w undergroundowym wydaniu. Zaciekawiony, łamię zasadę i klikam na archiwum. Tytuł nie kłamie, są gwiazdy, np. kompozytor roku wraz ze swoją partnerką, która zajmuje się fotografią. Zastanawia mnie ten zwrot "zajmuje się fotografią". Dlaczego nie po prostu "fotograf", tak jak przy innych postaciach? Czyżby fotografowanie kompozytora roku nie było fotografią? Znajduję jeszcze parę znajomych z widzenia osób i żegnam wszystkie szczęśliwe gwiazdy o wolnych zawodach.

Zmuszony do parokrotnego klikania, aby znaleźć kolejny pełnowartościowy fotoblog na liście linków zawracam do sraczkowatego tła. Stamtąd ląduję na stronie człowieka, który wie jak się modnie lansować, i nie owija tego w bawełnę. Lansowanie to nie przeszkadza mi w żaden sposób. Powiem szczerze - zazdroszczę mu. Najprawdopodobniej nigdy w życiu nie zobaczę tego co mu się już udało. Nie pogniewałbym się nawet widząc zawartość jego "torby" i wiem na sto procent, że bilet z muzeum w Kairze zostałby wysypany wraz z innymi naprawdę potrzebnymi przedmiotami nie w stolicy, tylko w bardziej wilgotnym klimacie. Sycę wzrok i podróżuje (w jakże odmienny sposób co autor) dalej.

Rozkład jazdy prosty - same polaczki. Kliknięcie na górze listy i widzę nowe obrazy. Kury, akademik albo apartament i dwa zdjęcia wykonane w "magiczny" sposób, nabierające dzięki temu "magicznej" wymowy. Na kury spoglądam (szanuję te ptaki) i przerzucam się dalej (za pomocą linka z lewej!!!! strony). Białe tło, centralnie ułożone jedno zdjęcie i wyjątkowo dużo tekstu. Na zdjęcie rzucam tylko okiem, zaciekawiony manifestem. Tekst, krótki ale treściwy. Mam nadzieję, że znany każdemu wytrawnemu fotoblogerowi. Nie znałem go wcześniej i nie przypuszczałem, że on nawet istnieje. Wydrukowałem go nawet po skopiowaniu do notatnika, aby przeanalizować treść dokładnie w późniejszym czasie.

Klikając na link "link" znajduję listę "fotoblog community". Lekki ruch palcem wskazującym i widzę obrazy udowadniające mi, że autor jest żywą istotą. Nie siedzi znudzony na dupie i fotografuje czubek swojego nosa i przekrwione oczy. Starszy pan patrzący w dal przykuwa mój wzrok. Rzadko widuję zdjęcia starszych ludzi w internecie, tym bardziej takie zdjęcia są wyjątkowym rarytasem na stronach ludzi młodych. Wąsaty pan konduktor wskazuje mi położenie linków i hop na kolejną stację. Nieaktualizowana od ponad miesiąca, chyba za sprawą zawartości butelek widocznych na jednym ze zdjęć. Ciekawe dlaczego są tak równo poukładane? Dzień Ziemi i powszechne sprzątanie zasyfionych lasów nie przypada na zimę. Zima jest obecna także na innych zdjęciach, więc chciałbym trafić teraz do jakiejś ogrzanej kawalerki. Prawy górny róg fotobloga zaprasza, a ja się nie opieram. Szybki ogląd strony pozwala mi poznać miejsce zamieszkania, numer telefonu, ulubione używki i preferencje komputerowe autora. Tak dużo, a tak niewiele. Czekam na obiecane w info zmiany.

Tempo mojej podróży zaczyna mnie niepokoić. Jestem nieco zakłopotany na nowym fotoblogu. Zdjęcia surowe, "nudne", ale pokazujące jednak prawdę. Szara ziarnista rzeczywistość. I może to być nawet Warszawa, wyglądająca tak wesoło i zachęcająco na innych fotoblogach. Hasło "obudź się" widoczne na jednym ze zdjęć, dedykuję kobiecie spotkanej na stacji na górze strony. Ja udaję się na tą dolną i ląduję na kolejnej zaawansowanej technologicznie stronie. Na szczęście nikt nie próbuje niczego tu podrabiać, a zdjęcia zachęcają do klikania w "poprzednie". Autorze - tylko nie cierpiąca zwłoki misja odciągnęła mnie od długiego jak mniemam pobytu na stronie. Adres trudny, ale zapamiętany. Jedyne co mnie zastanawia to czy wpadając kolejny raz na stronę naprawdę zobaczę te wszystkie obiecane linki, czy to tylko taka podpucha? Na razie korzystam z poleconego jednego. Przyznaję, że tutaj lista innych fotoblogów jest imponująca. Jeśli wszystkie są tak dobre jak widziane wcześniej to dalsza podróż wydaje się ciekawa. ;)

Na razie jednak rozglądam się po stronie. Dostrzegam credo autora i zgadzam się z nim w stu procentach. Mnie samemu do głowy przyszło podobne: "nie musisz być policjantem, aby strzec prawa". Na zdjęcia patrzę i nic poza tym. Klikam na wyróżniony kolorem link (chyba o to chodzi?). Jestem, już jestem beat0, basiu lub magdalen0. Szybko orientuję się, że jak większość fotoblogerek lubisz biżuterię, markowe perfumy, modne obuwie, tajemnicze światło klawiatury telefonu komórkowego i przede wszystkim swoje wymalowane oblicze na zdjęciach. No, i że jesteś młoda, bardzo młoda. Pozwolisz że poznam twoich internetowych przyjaciół? Na przykład tego goszczącego mnie na swej niebieskiej stronie podsumowanej ostrzeżeniem: "Wykorzystując zdjęcia bez zgody autora łamiesz prawo".

Oczywiście zgadzam się z autorem, ale nigdy nawet nie wpadłbym na pomysł wykorzystywania jego zdjęć. Czuję się już zmęczony. Mnogość obrazów. Co gorsze powtarzających się obrazów, tak jak kolejna zawartość torby na kolejnym fotoblogu. Znudzony chłopak, któremu nie smakuje bigos i kotek, który najprawdopodobniej ucieszy się widząc swoje zdjęcie na szklanym ekranie. Słyszałem o fotoblogu o kotach (nie trafiłem na niego niestety) i zastanawiam się do kogo jest skierowany? Do hodowców kotów czy może bezpośrednio do kotów. Zagadkowe i zaprawdę oryginalne. Ja jednak kota wolę zobaczyć na dachu. Po drodze na górę strony mijam dziewczyny oszczędzające prąd i sączące herbatę (może nawet z rumem).

Wybieram kolejny adres i trafiam na stronę, na której postanawiam zakończyć mą podróż. Nawet nie ze względu na zmęczenie, ale na to że nie chcę już trafić na stronę kolejnej nastolatki oczarowanej swoja cerą i dyskmanem Sony. Zaglądam po raz pierwszy do księgi gości: wychodzi na to że strona jest popularna, i że niektórym się to nie podoba. Klikam na komentarze pod wybranymi zdjęciami i co widzę? Fotoblog za sprawą komentujących staje się galerią, w której komentujący posuwają się do krytykowania autora, a co gorsza do dawania mu rad. Mam nadzieję, że autor ma te komentarze pomiędzy fotelem, a swoimi spodniami (spódnicą).

Kawa wypita, a na następną już za późno. Zaparzę jutro, ale nie po to żeby oglądać fotoblogi. Wybaczcie fotoblogersi, ale nie noszę torby i nie mam telefonu komórkowego. A w lustrze się tylko przeglądam.

Adam Szrotek

art & design
webesteem magazine | nr 4 webesteem magazine is a part of webesteem.pl  |  copyright © 2001-2004 webesteem.pl  
art & design