![]() |
|
Gdy epoka |
Felieton Klisza
Doriana Graya
Z rosnącym zaciekawieniem obserwowałem rozwój fotograficznych umiejętności u mojej przyjaciółki. Dziewczynę od zawsze fascynowali utrwalani na kliszy ludzie, ale nie w wydaniu reporterskim, a portretowym. Niczym uparty wróbelek, któremu wiatr wieje od strony dzioba próbowała samorealizować się w trudnej dziedzinie zdjęć pozowanych. Zaczęło się bardzo niewinnie, wręcz zabawnie. Z biegiem czasu jej zacięcie przestało być śmieszne, a stało się bardzo ryzykowne, szczególnie dla otoczenia. Wróbelek zmienił się w ogromne ptaszysko przy którym nawet wiatr poczuł się niepewnie.
Z początku moja koleżanka, nazwijmy ją panną N., wciąż niepewna swoich umiejętności aranżacyjnych (i nieświadoma swojej, jak się później okazało, potężnej charyzmy) fotografowała z ukrycia. Nazwała to „pozowaniem nieświadomym”. Czaiła się w ciemnych uliczkach ze sportowym obuwiem na nogach - i gdy tylko ktoś przechodził obok, wyskakiwała niczym kamień na sprężynie, robiła zdjęcie i uciekała. Miało to swoisty urok małego psa szarpiącego za nogawkę tylko wtedy, gdy właściciel spodni tego nie widzi. N. nie zadowalały jednak rozmazane i nieostre zdjęcia głupich min. Jej wizja sięgała swą złożonością dalej niż do zakrywającej się siatką z ziemniakami starszej pani z naprzeciwka. N. przez jakiś czas zajęła się małymi dziećmi, ale te częściej płakały niż spełniały ekwilibrystyczne zachcianki mojej koleżanki. Tak, niespiesznie, niczym rozpędzający się powoli pociąg, nastał okres „pozowania naturalnego”. N. nie rozstawała się już wtedy z aparatem. Fotografowała na okrągło - głównie swoich znajomych, czyli nas. Znajomi przy ławce, znajomi na ławce, znajomi pod ławką, znajomi, czemu już sobie idziecie? Faktycznie - z początku ciężko było nam znieść pannę N. z całym jej zapałem, tak gorącym, że aż parzył. To tak jakby mieć swojego prywatnego paparazzi. Część niektórych dziewcząt była zagrożona nawet w toalecie, bowiem moja przyjaciółka w błyskotliwy sposób wykorzystywała skomplikowany system luster, także zawieszanych przez nią osobiście na suficie. N. nigdy jednak nie prosiła, aby ktoś ustawił się tak a nie inaczej, usiadł, obrócił się. Z biegiem czasu nauczyliśmy się ignorować obiektyw, a i zdjęcia były coraz lepsze. Dramatyczny zwrot akcji nastąpił, gdy N. poprosiła mnie, bym minimalnie się schylił, ponieważ lampa wchodzi jej w kadr. Gdybym wtedy wiedział, jakie będą konsekwencje, nie tylko poszedłbym po szczudła - najpewniej wyskoczyłbym na nich przez okno. Zgarbiłem się jednak lekko. I dopiero wtedy zaczął się prawdziwy cyrk. Gdy tylko N. wywołała kliszę, natychmiast zauważyła, że już delikatna korekta uczyniła jej zdjęcie o niebo lepszym. Od tego czasu zaczęła nami niezauważenie dyrygować - to rękę inaczej ułóż, to nogawkę naciągnij... Setki drobiazgów, składających się na ogólną rozpacz. N. potrafiła być diablo przekonująca - nawet terroryści poczuliby się przy niej niepewnie. Moja przyjaciółka posiadała tą dyskretną mentalność ciuchci; zmierzała do celu, jak po torach, prosto, najczęściej dokładnie między oczy. Jak nie prośbą, to groźbą, jak nie groźbą to płaczem. Średniej wielkości pocisk balistyczny byłby mniej przekonujący. N. rozwijała repertuar swoich sugestii dotyczących pozowania. Granice naszej skali zachowań naturalnych straciły swą dotychczasową wyrazistość. Klękanie na ulicy, tańczenie w parkach, brawurowe pozycje i przyprawiające o łzy miny. Moja przyjaciółka miała pomysł na artystyczne zdjęcie w każdej możliwej sytuacji. Dzięki jej kreatywności dowiedziałem się jak wygląda dach autobusu, czy człowiek zmieści się w miejskim koszu na śmieci (zmieści!) oraz czy ochrona w Pałacu Kultury zareaguje, jak spróbuję pochodzić po gzymsie. N. chyba nigdy nie doceniła naszej ogromnej wytrzymałości - szkoda, bo my jej docenialiśmy. Wszelkie próby dyskredytowania jej wysiłku kończyły się na intensywnej terapii. Gdy epoka pozowania artystycznego weszła w swą decydującą fazę, analogia do epoki lodowcowej i dinozaurów stała się nam nieprzyjemnie bliska. Wyobraźnia N. nie znała granic - „Nago na Pradze”, „Żywa pochodnia”, „Swobodne spadanie” to tytuły zaledwie kilku sesji, w których brałem udział. Zapytana o efekty swoich prac, N. powiedziała, że na razie niczego nie pokaże, bo jej zdjęciom wciąż brakuje zdecydowania. Ostatnio zapytała mnie, czy nie mam może tasaka albo nawet małej siekiery, bo potrzebuje do sesji. Na pytanie, co zamierza z nimi zrobić, odpowiedziała, że coś zaimprowizuje. Chyba jednak wolałbym, gdyby miała plan. Zdążyłbym się przygotować. Bo z tymi artystami to nigdy nic nie wiadomo. |