![]() |
|
Fotografia |
Fotografia koncertowa Pokazać muzykę
Czy lubicie być deptani, popychani? Sprawia wam przyjemność stanie przez 2 godziny w tłumie ludzi, z kawałkiem metalu przytkniętym do oka? Świetnie! W takim razie fotografia koncertowa jest zajęciem dla was! No dobrze - trochę przesadzam. Ma ona również swoje dobre strony. Także o tym będziecie mogli przeczytać poniżej.
Lubię muzykę. To chyba podstawa tego o czym chcę napisać dalej. Lubię także wyzwania. Kiedyś przeczytałem, że jedną z najtrudniejszych rzeczy jaka może się zdarzyć fotografowi jest sfotografowanie muzyki. Właśnie to zaczęło stanowić dla mnie wyzwanie - przekazać OGLĄDAJĄCEMU muzykę. To w ogólności zadanie fotografii reportażowej - dać widzowi posmak emocji uczestniczenia w wydarzeniu. Choć pewnie nie wszyscy (nawet profesjonalni) fotografowie mają takie podejście do zdjęć. W listopadzie 2003 roku odbył się w klubie Blue Note koncert japońskiej pianistki jazzowej i jej zespołu - Satoko Fuji Quartet. Siedziałem pod sceną i szukałem pomysłu na kolejne ujęcie. Obok mnie usiadł reporter jednej z poznańskich gazet. Wyglądał na dosyć zdezorientowanego. W końcu zapytał: "Słuchaj ... A w zasadzie, to którego z nich mam sfotografować żeby było dobre zdjęcie do artykułu o koncercie?". Chyba nie do końca mi uwierzył gdy wskazałem mu drobną kobietę ledwie widoczną zza stojącego z boku fortepianu. Poznański Blue Note uważam zresztą za kolebkę moich dokonań fotograficznych oraz przykład normalnego podejścia do fotografa. Jeżeli nie przesadzamy zdjęcia można robić podczas każdego koncertu i w praktycznie dowolnej ilości. Bo wbrew pozorom nie jest to takie oczywiste. Na biletach z większości koncertów widnieje dopisek, że "wnoszenie sprzętu rejestrującego obraz jest zabronione". Nawet posiadając akredytację fotograf często jest ograniczany. Określenie "3 utwory i zwijacie sprzęt" to rozkaz powtarzany na wielu imprezach muzycznych. Takie podejście ma teoretycznie umożliwić spokojne przeprowadzenie koncertu bez "pętających się fotoreporterów". Doprowadza to jednak czasami do sytuacji paranoidalnych. Koncert Apocalyptiki w klubie Eskulap był fotografowany przez... dwóch reporterów. Mimo wszytko nakaz fotografowania tylko 3 ostatnich utworów był rygorystycznie przestrzegany. Z drugiej strony nie da się ukryć, że dużo satysfakcji dało mi wykonanie zdjęć poprzez złamianie tego zakazu, z ukrycia. Nielegalne, a przez to jakie przyjemne. Podobna sytuacja zdarzyła mi się podczas koncertu Petera Gabriela w maju 2003. Niestety mimo usilnych starań nie dostałem akredytacji. Jestem wielkim fanem dokonań PG, więc te zdjęcia musiałem mieć. Nie wdając się w okryte tajemnicą szczegóły, napiszę tylko, że udało mi się niepostrzeżenie wnieść dużą lustrzankę z jasnym teleobiektywem - w sumie ponad pół metra żelastwa. Powstały zdjęcia, których nie mogli wykonać akredytowani reporterzy. Oni musieli zakończyć pracę po trzecim utworze. Nie wszędzie jednak obowiązują takie obostrzenia. Wiele koncertów można fotografować od początku do końca. Nie trzeba się legitymować specjalnymi uprawnieniami. Czasami wystarczy po prostu długi obiektyw dokręcony do lustrzanki. Teleobiektyw to często niezbędne wyposażenie. Nawet znajdując się blisko sceny uzyskanie odpowiedniego kadru wymaga nierzadko "długiej lufy". Najlepiej oczywiscie jasny, zoom, ze stabilizacją obrazu, profesjonalna "L-ka". Ale rzeczywiście w fotografii koncertowej jak i każdej, która jest "uprawiana" w specyficznych warunkach bardzo ważną sprawą jest sprzęt. Światło na koncertach jest zwykle ładne, ale marne. Światłomierz wymusza długie czasy nawet przy dużej czułości filmu/matrycy (rzędu 400 - 1600 ISO). Niezbędnym staje się więc użycie monopodu bądź stabilizacji obrazu w obiektywie. Ja ze względu na lenistwo stosuję to drugie rozwiązanie. Po prostu bardzo ciężko w przepychającym się tłumie ciągnąć się jeszcze z długim kijem przykręconym do obiektywu. Stabilizacja pozwala na uzyskanie czasów rzędu 1/20 - 1/40 s. co umożliwia zrobienie zdjęcia nawet przy jednej żarówce. Nie jest to zresztą tylko przenośnia bo podczas koncertu grup Jugosławia i Argies na squocie Rozbrat takie warunki zastałem - jedna żarówka. Nie wspomnę oczywiście o "pogującej" widowni (bardzo sympatycznej zresztą). Już od samego początku gdy zacząłem zajmować się fotografią koncertową, stosowałem tylko lustrzanki cyfrowe Canona - najpierw D30 a obecnie 10D. Jest to nieoceniona pomoc w eksperymentach i właściwym doborze parametrów ekspozycji. Czułość matrycy wymuszona nawet na 800 ISO daje zadawalającą jakość zdjęć. A do tego, niezbędna w tym rodzaju fotografii, wolność szastania ilością zrobionych klatek. Lampa błyskowa... Trudno mi określić stosunek do tego urządzenia. To może tak jak z bronią. Najlepiej by było żeby jej nie używać, ale jak trzeba to warto ją mieć przy sobie. Rzadko korzystam z lampy błyskowej. Z kilku powodów. Po pierwsze zdjęcia z koncertu mają swój niepowtarzalny klimat właśnie poprzez to, że wykorzystujemy bardzo przyjemne, klimatyczne światło zastane. Po drugie - ograniczenia w wykorzystaniu. Wyobrażacie sobie klimatyczny jazzowy koncert i trzech fotografów błyskających fleszami wykonawcy z odległości 5 metrów. Ja nie muszą sobie wyobrażać - ja to widziałem i więcej nie chcę. Na wielu imprezach obowiązuje wyraźny zakaz używania lamp błyskowych właśnie ze względu na to, że błyski przeszkadzają zarówno artyście jak i publiczności. Choć oczywiście są wyjątki... Jeżeli stosuję lampę błyskową staram się ją używać w trybie slow-sync - ustawiam tryb preselekcji czasu z dużą wartością (np. 0.5 s) i do tego wyzwalam lampę. Polecam zastosowanie tej techniki zwłaszcza podczas koncertów zespołów, których członkowie są żywiołowi, biegają po scenie, machają głowami. Potrafi to dać naprawdę zdumiewające efekty. Aparat, obiektywy, lampa, akcesoria... Ciężkie! Bardzo ciężkie! Cenne! Bardzo cenne! Wiele osób zwraca uwagę na tą kwestię - "A nie boisz się tak na koncercie z takim sprzętem? Zabiorą ci to, a jeszcze po buzi dostaniesz". Otóż nie! Nigdy nie miałem z tym problemów. Nawet podczas wielkiej imprezy jaką był "Przystanek Woodstock 2003", ani razu nie spotkałem się z objawami wrogości. Wręcz przeciwnie - ludzie chcieli żeby im robić zdjęcia, pytali skąd jestem - byli po prostu przyjaźni. Największe kłopoty sprawiał tylko... Patrol Pokoju - ciągłe zatrzymywanie mnie i pytania "Gdzie ma pan kamizelkę Prasa-Foto?". Faktycznie nie miałem jej. Ale co zrobię, że organizatorom jej (na szczęście) zabrakło. Warto czasami odwrócić obiektyw od sceny i skierować go w drugą stronę - publiczności. Widzowie potrafią "odwdzięczyć się" pięknym kadrem. Fotografia koncertowa z jednej strony jest trudna bo zastajemy warunki świetlne, na które nie mamy wpływu. Z drugiej strony fotografia koncertowa jest łatwa bo... zastajemy warunki świetlne, na które nie mamy wpływu - później jak łatwo o wytłumaczenie - "Nie wyszły mi te zdjęcia bo było kiepskie światło". Nieco poważniej jednak pisząc, rzeczywiście kwestia kreatywności staje się w pewnym momencie problemem. Wbrew pozorom koncerty wyglądają aż do znudzenia podobnie. Zwłaszcza gdy ogląda się ich kilkadziesiąt rocznie. Warsztat artystyczny musi więc obejmować zarówno klasyczne portrety, zdjęcia w ruchu "zamrożone", "rozmazane", zdjęcia z lampą w "slow-sync", zdjęcia z kręconym zoomem, kolorowe, czarno-białe... Trzeba być czujnym w każdej chwili. Nawet niezbyt "ruchawy" artysta pozwoli sobie czasem na awangardowe zachowanie warte uwiecznienia na zdjęciu. Warto przed koncertem wysłuchać kilku płyt artysty. Jeżeli znamy poszczególne utwory, łatwiej nam przewidzieć zachowanie wykonawcy. Jak widać wróciłem z powrotem do muzyki. Bo to jest dla mnie najważniejsze - pokazać muzykę...
Fotografie: Sławomir Jankowski
Poznańska Galeria Fotografii Koncertowej |