WEBESTEEM | BATTLE AREA | FORUM
art & design
webesteem magazine | nr 6 | fotografia
art & design
art & design

Szansa
na zrobienie
naprawdę dobrego zdjęcia jest porównywalna do odnalezienia perły w „Owocach morza w sosie słodko - kwaśnym” za 7,90 z wietnamskiej budki.

Felieton

Kostka
o trzydziestu sześciu ściankach

 

Prawda okazała się dla Tomka nie do zniesienia. Jego wieloletni mentor postanowił porzucić cywilizację i wyjechać na Borneo łapać motyle. Wcześniej jednak napisał do Tomka list, w którym przekazał mu całą swoją wiedzę o robieniu zdjęć - garść technicznych sztuczek, kilka ciekawych, a niewykorzystanych motywów, przepis na zupę z dyni i jedną, ostateczną prawdę o fotografii. Tomek przeczytał list wielokrotnie, szukając innej interpretacji słów swego mistrza niż najoczywistsza. Gdy zrozumiał, iż z prawdą nie wygra nawet najbardziej przebiegłymi metodami, wyrzucił aparat przez okno (Czy urządzenie uległo zniszczeniu - nie wiemy. Jednak prawdopodobna długość jego istnienia była porównywalna z trwałością drewnianego pieca. To nie daje wielkich nadziei.) i dołożył wszelkich starań by zapomnieć o fotografii. Chciał, jak mętnie tłumaczył znajomym, zostać twórcą prawdziwym, panować nad dziełem. Nikt nie rozumiał, czemu niby robienie zdjęć nie daje takiej możliwości. Tomek zajął się malarstwem, tworząc do późnej starości kiczowate pejzażyki.

 

Jak zrobić zdjęcie doskonałe, albo, wersja dla mniej ambitnych, zadowalająco dobre? Owszem, ustawić porządnie ostrość i parametry ekspozycji, ewentualnie zdjąć dekielek z obiektywu. To na pewno. Czy to wszystko? Wydaje się, że nie do końca.

Fotografia jest jak rozbrajanie bomby. Poza umiejętnościami technicznymi potrzebna jest także ogromna dawka szczęścia. I choć wieloznaczne słowo „przeżyć” brzmi w wypadku sapera bardziej praktycznie, jest dla artysty fotografa równie ważne.

Szansa na zrobienie naprawdę dobrego zdjęcia jest porównywalna do odnalezienia perły w „Owocach morza w sosie słodko - kwaśnym” za 7,90 z wietnamskiej budki. Składa się na to bardzo wiele czynników, z czego większość jest od fotografa zupełnie niezależna. Czasem sam autor zdjęcia wprowadza do kliszy niezwykły pierwiastek chaosu, niechcący modyfikując zalecane przez światłomierz ustawienia przysłony - i gdy ta zmienia swoją wartość o plus pięć, powstaje, jak twierdzi autor „artystyczne dzieło”. Za takie niewątpliwie należy je uznać. Nawet jeśli jest nieco niewyraźne.

Pomijając jednak czystą mechanikę (w końcu Rolls Royce też się psują) - większość fotografii to dotykalne przejawy fortuny, tej samej, która przyśpiesza, lub zatrzymuje tętno bywalcom kasyn. Mało jest tak naprawdę zdjęć, które mogą być przewidywalne od początku do końca - najczęściej są to niezbyt ambitne dokumentacje doniczek, kwiatów w nich zasadzonych i robaczków spacerujących po liściach. Również inne martwe natury i co mniej gwałtowne krajobrazy rzadko oszukują autora. Prawdopodobieństwo, iż po powrocie z pleneru na Podlasiu znajdziemy na kliszy niedwuznaczne zdjęcia żurawi w okresie godowym są raczej niewielkie. Zdarzają się oczywiście fotografowie, którym kadrowanie nie idzie najlepiej i zamiast zachodzącego słońca umieszczają na kliszy całkiem stylową, choć nieco już zużytą latarnię miejską. Zadają sobie potem pytanie, jak to się mogło stać, jak to możliwe, że to przepiękne zjawisko umknęło zębom wieczności i koniec końców wszystko zrzucają na przypadek. Na pech.

Prawdziwe przysłowiowe schody (będące już w istocie zboczem lodowca) zaczynają się przy fotografowaniu ludzi. Z jak dużym powodzeniem można określić, czy dziecko nie skoczy za chwilę na trawę za biedronką, czy pan na przystanku nie odwróci się poczytać ogłoszenia, czy kobieta w kawiarni nie podrapie się po nosie? Uważny czytelnik zauważy (Na pewno powinien. I chyba nie tylko uważny.), iż mówię o fotografii reporterskiej, nie pozowanej. Na oglądającym zdjęcie niewielkie wrażenie robi zatrzymana w dramatycznej pozie dziewczyna z sokołem na ramieniu, jeśli sokół był wypchany a dziewczyna prawie się popłakała stojąc nieruchomo na jednej nodze przez kilka minut. Nie, fotografia w której spontaniczność ogranicza się do mrugania, bądź sugerowania przerwy na posiłek nie jest ani ciekawa ani prawdziwa. Reporter musi za to posiadać umiejętność zamknięcia fragmentu rzeczywistości na niewielkim kawałku plastiku powleczonego chemią. Musi umieć wyłowić z powszechnego i wesołego bałaganu zdarzeń to warte uwagi i utrwalić dla potomnych na kliszy (Bądź nie - może ją też spalić, pognieść, wyrzucić, pociąć na małe kawałeczki, bądź skasować zdjęcie z karty pamięci. Możliwości są ogromne, choć w większości raczej mało popularne.). Najpierw jednak zdarzenie i fotograf muszą się spotkać. A kwestia kto kogo odnajduje nie jest wcale jednoznaczna.

Przypadkowe na zdjęciu reporterskim może być niemalże wszystko, choć nie zawsze musi - od kadru („A skąd to rozmazanie?” „A bo mnie taka pani siatką uderzyła, że niby dziewczyny podglądam...no w sumie tak było. Szkoda, że nieostre wyszło”), przez światło („O, jakie śmieszne światełka. Co to, pokaz fajerwerków?” „Nie, islamscy bojownicy. Z racami.”) do tematu („A tu miał być ten kowboj, ale jak go koń w brzuch kopytem strzelił, to mi jakoś zniknął z kadru. Ale kapelusz został, o tu”).

Okazuje się, iż dobrym reporterem nie jest ten kto eliminuje przypadek ze swoich zdjęć starannie dobierając kadr i czekając na odpowiednie pozy przebiegających obok młodzieńców (Chociażby dlatego, że młodzieńcy uciekają przed pędzącymi ulicą bykami. Nieznajomość lokalnych świąt bywa zgubna). Dobry reporter nie odrzuca przypadku jako niedobrego i zdradliwego.

Dobry reporter przyjmuje go z otwartymi rękoma, proponuje ciasteczka i idzie zaparzyć mu kawę.

Każda sytuacja jest zupełnie niepowtarzalna, każde zdarzenie - wyjątkowe. Istotą zrobienia dobrego reporterskiego zdjęcia jest znalezienie się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie i czekanie z aparatem przy oku. Reszta jest jak dwa uda. Albo się uda albo się nie uda. Z czasem jednak każdy reporter zyskuje nowe umiejętności i uczy się... sprzyjać sobie. Wykształca mu się instynkt, gdzie podejść, gdzie spojrzeć, gdzie szukać. Albo raczej - być odszukanym.

Cała reszta to wciskanie guziczków.

Pewnego letniego dnia nagły podmuch wiatru poruszył okiennicą, a ta popchnęła paletę z farbami obracając ją. Tomek, zupełnie odruchowo sięgnął do „Niebieskiego Morskiego” po czym, niczym najlepszy z ekspresjonistów, uderzył pędzlem w sam środek czegoś, co w założeniu było taflą morza. I dopiero gdy zobaczył małą, choć całkiem sympatyczną kępkę trawy, uśmiechnął się zrazu nieśmiało, potem szerzej. I namalował łąkę.

Igor Sarzyński

art & design
webesteem magazine | nr 6 webesteem magazine is a part of webesteem.pl  |  copyright © 2001-2004 webesteem.pl  
art & design