![]() |
|
To jednak |
Recenzja Powrót
Kiedy ostatnio poświęciłem tyle czasu jednemu obrazowi... Nie pamiętam. Tyle myśli, skojarzeń, odwołań, interpretacji i nadinterpretacji. Myślę, że w ten sposób każdy, dla kogo wypad do kina nie jest li tylko sposobem na oglądanie kolorowych obrazków i popcornową konsumpcją, odbiera film jako element kreacji rzeczywistości, odzwierciedlenia tego co sami sobą reprezentujemy, a także (może przede wszystkim ) tego co głęboko ukrywamy w sobie.
Świat to taka śmieszna kulka zamieszkana przez śmieszne istotki, które nadzwyczaj łatwo zadowolić. Codzień mamy do czynienia z setkami drobnostek, które wywołują u nas te przyjemne wibracje w ośrodkach mózgu odpowiadających za poczucie szczęścia. Rzadko kiedy zastanawiamy się nad samym sensem i przyczyną przyjemności, nie próbujemy dokonywać analizy naszych zachowań, nie próbujemy dopatrywać się w czynach innych osób czegokolwiek co mogłoby wywołać w nas uczucie przeoczenia czegoś co stawiałoby te osoby i ich zachowanie w zupełnie nowym świetle. Nie interesują nas tak naprawdę, na codzień, wizje Freuda, Junga, Jezusa i innych magów tworzących archetypy naszego “sein”... Czasem zdarzają się jednak chwile, że stajemy oko w oko z sytuacją wychodzącą poza prostotę typowego postrzegania w barwach mono. Musimy wtedy polegać tylko na naszym doświadczeniu, na próbie interpretacji zachowań, obrazów poprzez wiedzę jaką zdobyliśmy na przestrzeni kilkunastu, kilkudziesięciu lat naszego życia. Andriej Zwiagincew, reżyser Powrotu, chętnie udziela wywiadów, z jednym tylko zastrzeżeniem, nie chce rozmawiać o metafizyce filmu, o interpretacji symboliki, wreszcie nie chce rozmawiać o tajemniczej kasetce... Nie sposób nie odnieść wrażenia, że ta niechęć do podawania jasnych rozwiązań, przywołuje na myśl Davida Lyncha, i w pewnym sensie tak właśnie jest. Pomimo tak odległych kultur, jakimi są amerykańska i rosyjska, środki wyrazu obydwu reżyserów mają wiele cech wspólnych. Zarówno Zwiagicew jak i twórca Mullholand Drive dają do zrozumienia widzom, że obraz jaki tworzą, poprzez wyjątkowe i oryginalne środki artystyczne, jest tylko przykrywką do głęboko zakodowanej treści. Ten kod każdy może interpretować na swój własny sposób i na tym właśnie polega siła tych obrazów. Powrót to opowieść o dwóch braciach i nagłym tragicznym w skutkach zwrocie w ich życiu, jakim jest powrót do domu ojca. 12 lat – tyle trwała nieobecność głowy rodziny. Gdzie był przez ten okres, co robił, dlaczego wrócił... Na te pytania nie otrzymamy odpowiedzi. I nie dowiemy się też co znajdowało się w kasetce, ukrytej na bezludnej wyspie, która jest celem wycieczki na jaką ojciec zabiera swoich synów na drugi dzień po powrocie do domu. Podróż trójki bohaterów na wyspę to nieustanne ścieranie się charakterów, to narastająca niechęć z punktu widzenia widza do wizerunku ojca – surowego, apodyktycznego, karzącego nadzwyczaj surowo każdy objaw niesubordynacji. To jednak co wydawałoby się łatwe w interpretacji, z czasem zaczyna nabierać zupełnie nowego wymiaru. Czy srogość ojca jest wynikiem tylko jego nieskomplikowanych, wręcz prostackich cech charakteru, czy przewijające się w filmie symbole religijne, dają nam prawo do nagłej volty w ocenie postaci ojca, ukazując go jako parabolę Boga i Chrystusa – surowego, nie tolerującego sprzeciwu, ale kochającego, zdolnego oddać w imię tej miłości nawet swoje życie. Czy tragiczny finał nie utwierdza widza w tym przekonaniu. Na te pytania też nie mam niestety odpowiedzi. I wcale nie dlatego, że nie stworzyłem sobie własnego, osobistego obrazu tego filmu. Ale dlatego, że ten film to osobista podróż z głąb każdego z nas. To pytanie o naszą wspólną podróż, o jej sens i metafizykę. A także o tę tajemnicę, o kasetkę, której otwarcie dałoby nam odpowiedź na wszystkie pytania. Ale czy naprawdę chcielibyśmy ją otworzyć...
|