![]() |
|
Agata |
Baba z Teką Klient czyli nasze kłody
Niniejszy tekst traktować będzie o kłodach jakie rzucane są nam - grafikom komputerowym pod kółka naszych obrotowych foteli...
Jeżeli tworzysz grafiki dla przyjemności własnej, bądź rodziny - stawiając sobie za cel wstawienie cioci Marci - zamiast nosa na przykład klamki, lub cyfrową operację powiększenia piersi swojej dziewczyny - to ten tekst nie jest dla Ciebie... sorry kolego. W tekście tym chodzi o osoby, które z grafiki się utrzymują - kogoś takiego jak ja :) Kłody to może raczej przenośnia... tymi kłodami nie bywają raczej ani systemy komputerowe, ani same programy graficzne, kłody te to nic innego jak nasi klienci. Różnią się zasobnością portfela i inteligencji, natomiast zawsze posiadają jednakowo wygórowane wymagania podparte swoim często spaczonym gustem. I chociaż o gustach się nie dykutuje to przecież są kanony bezguścia dobrze znane w pracy projektowej. Do tej pory myślałam, że moje doświadczenie zawodowe podparte jest dobrą znajomością wszelkiego rodzaju dziwactw proponowanych przez klientów... do tej pory. Dzień był pochmurny, kawa za zimna, a ja uwikłana w projekt logo dla sklepu z mebelkami dziecięcymi. Sprawa całkiem słodka rzec by można - temat przecież wdzięczny. Dlatego bez problemu powstały 3 kocepcje gotowe do pokazania klientowi. Założenie było takie, że sklep będzie się nazywał "kotki dwa" od znanej mi dobrze z dzieciństwa kołysanki: ... aaa kotki dwa... szare bure... obydwa..." Klient - zachwycony, ja dumna z dobrze wykonanej pracy. Niestety usłyszane na wychodnym zdanie: "... to teraz pokażę żonie, żeby wybrała, bo to ona decyduje..." - wcisnęło mnie w fotel. Wiecie... nie ma nic gorszego niż kobieta, która ma o czymś decydować. Jeszcze 2 tygodnie ustalaliśmy szczegóły zamówienia. Sklep z "kotków dwóch" ewoluował w międzyczasie do "Lou - LOu", następnie "Lu-Lu", a kotki zmieniły się w dziewczynkę przytuloną do księżyca. Kiedy po kolejnych poprawkach miałam gotowe 3 koncepcje logo - klient o umówionej godzinie pojawił się w mojej firmie z żoną... Znacie ten typ rozchichotanej, mocno na luzie panny po 30-tce żującej gumę i machającej nóżką kiedy siedzi, na tyle energicznie, że trzęsą wam się ołówki w pojemniczku na biurku? No więc taka właśnie osoba przyszła do mnie tego dnia do firmy w celu rozbicia mnie zarówno psychicznie, jak i fizycznie. Jej mąż w miarę jak mówiła - nikł w oczach. Kulił się w sobie i zezował rozpaczliwie na drzwi. Ja natomiast poprzysięgłam sobie załatwić na takie okazje, jak ta - najlepiej Prozac i to w niedozwolonej dawce. Otóż dowiedziałam się, że buzia mojej Lu-Lu jest zbyt pyzata jak na dziecko (???), że dziewczynki nie noszą niebieskich pidżamek, i że kreska jest zbyt mocna co sprawia, że odbiorca uważa naszą Lu-Lu za agresywną i że ma za duże oczy - przecież jak się siedzi na księżycu to trza je mrużyć. (???) Grafik to coś jak psychiatra. Musi mieć dużo cierpliwości i wyrobiony nawyk potakiwania wbrew swoim przekonaniom. Dlatego byłam cierpliwa - potakiwałam, uśmiechałam się promieniście i wyglądałam niezwykle uroczo. Nawet wytłumaczyłam sobie, że może ja faktycznie nic nie wiem o małych dziewczynkach. Przecież ja już nie pamiętam jak takową byłam, a dziecka nie mam i mieć nie zamierzam. Wszystko do momentu gdy klientka stwierdziła, że księżyc zrobiłam w złą stronę, bo ona by tak nigdy księżyca nie narysowała. Prawie z krzesła spadłam... Jej mąż również... Mój pies leżący pod biurkiem się zakrztusił... Świat zamarł... ![]() A ja pomyślałam, że na takie kłody to tylko siekierę ostrą by trzeba mieć. Porąbać, pociachać i zrobić sobie fotel bujany... taki dla odpoczynku... zwłaszcza psychicznego... Agata Janus
|