![]() |
|
Gdy sugestywnie |
Felieton O zgrzytaniu zębami
Prędzej czy później zawsze pojawiają się dwie szuflady – jedna w głowie, pełna rozczarowań, ponurych westchnięć i niemocy, oznaczona napisem „Zapomnieć”, druga, w komodzie zapchana zdjęciami, którym prawie się udało. Obie są ze sobą powiązane mocniej, niż małe dziecko ze smoczkiem. O istnieniu tych szuflad wie każdy fotograf, choć mało który się do tego przyznaje.
Zaczyna się od beztroskiego pstrykania, równie interesującego jak zawartość dowolnego kosza z brudnymi ubraniami. Z czasem jednak robiący zdjęcia zaczyna czegoś od siebie oczekiwać. Staje się wymagający, i choć nie zawsze mu się udaje – wciąż próbuje. Wreszcie, któregoś dnia, pojawia się ten jedyny obraz, najbardziej wyjątkowy, który po prostu musi być zapisany dla potomnych. Coś absolutnie niezwykłego, perła w pokładzie węgla, owoc na zeschłym drzewie. Chyba każdy zna to uczucie, gdy na widok pięknego obrazu oddech staje, a oczy się rozszerzają, niczym u napastnika patrzącego po oddaniu strzału, czy piłka wpadnie do siatki. Fotograf jak najszybciej naciska spust, najlepiej kilkukrotnie, dla pewności. Potem wywołuje kliszę i ogląda odbitki. Ta rzekomo wspaniała klatka okazuje się być średnio udanym zdjęciem, od którego krawędzi odbija się echo potencjalnego geniuszu. Zamiast nadającego się na ścianę i dzielnicowy konkurs fotografii dzieła przychodzi wielkie rozczarowanie i zaskakująco uporczywe pytanie „dlaczego”? W jakiś tajemniczy sposób zdjęcia, na których nam najbardziej zależy najczęściej przyciągają do siebie błędy. Człowiek stojący przy miedzianym słupie podczas burzy ma mniejszą szansę, że trafi go piorun niż pełen nadziei fotograf, że zdjęcie będzie takie jakie sobie wymarzył. Najczęściej zawodzi kadr, o ile można go obarczyć jakąkolwiek odpowiedzialnością. Okolice istoty zdjęcia przypominają o sobie w dość złośliwy sposób, psując humor fotografowi. Jasna plama w tle zupełnie rozbija równowagę kompozycji, z głowy modelki wyrasta latarnia, a z samego rogu zdjęcia, z wesołym „a kuku” wyskakuje, nieobecna wcześniej w świadomości fotografa, gałązka. Opcji jest praktycznie nieskończona ilość, choć robiącym zdjęcia na całym świecie wcale to nie przeszkadza – wciąż szukają nowych rozwiązań w dziedzinie „jak zniszczyć dobre zdjęcie”. I, choć nie wiem czy to dobrze, świetnie im się udaje. Równie często przyczyną tajemniczego zniknięcia kilku tabliczek czekolady („na pocieszenie”) jest naświetlanie. W przypływie emocji rzadko kiedy jest czas na korekcję ekspozycji, a światłomierz łatwo daje się oszukać – fotografowie już dawno poznali destrukcyjne możliwości jasnych okien i nauczyli się ich lękać niczym nieuziemionych gniazdek. Do tego dochodzą znajomi, którzy jak gdyby nigdy nic pytają „No fajne, ale ta twarz to celowo taka ciemna?” doprowadzając tym samym autora do łez. Zresztą wystarczy pójść do dowolnego labu, posiedzieć tam chwilę i popatrzeć jak na konfrontację swoich nieudanych zdjęć z uśmiechem pani za ladą reagują fotografowie. Niektórzy aż się pocą, żeby nie warknąć „Co pani taka szczęśliwa”. Czasem brakuje refleksu. Piękna kobieta w czerwonej sukni próbująca łapać wysypujące się z koszyka pomidory w wyniku powolnej reakcji fotografa na kliszy figuruje jako kawałek pleców chowających się za rogiem najbliższej kamienicy. Szybkość zrobienia zdjęcia zależy nierzadko od możliwości aparatu – i jest to jedna z niewielu dziedzin, w której analogi wciąż górują nad aparatami cyfrowymi. Mój znajomy do dziś klnie na widok uruchamiania... inicjalizacji... przygotowywania... ostrzenia... pomiaru... wykonywania... przetwarzania...Cyfrówki w większości wciąż są tak dynamiczne jak wyścigi płyt tektonicznych. Najtrudniej jest jednak zaakceptować nie błędy techniczne, które zdarzają się wszystkim, a nieuchwycenie wyjątkowości obrazu na kliszy. Gdy sugestywnie alegoryczny pan z balonikami na pustym nabrzeżu zamienia się po prostu w starszego faceta z kilkoma dmuchanymi gumkami fotografowi odechciewa się robić zdjęcia. Niby nic nie zawiodło i wszystko jest w porządku, poprawne, ale...ale „ale” drąży świadomość autora i dręczy nie dając się zdefiniować. Czasem jest to jeden malutki szczegół odbierający obrazowi całą moc. Niezwykła, poruszająca chwila została zmarnowana i wydaje się, iż już nigdy nie będzie następnej. Zawsze jest. Wszystkie zmarnowane zdjęcia, które mogły być wspaniałe, a niczym kulomiot upuszczający sobie kulę na nogę na olimpiadzie nie są, były już przeklinane nie raz i jeszcze nie raz będą. I bardzo dobrze. Z trzech powodów nie ma w fotografii niczego cenniejszego od zdjęć, które w utrwaleniu wyjątkowej chwili wyręczyła pamięć. Po pierwsze, dzięki nim człowiek docenia, te, które wyjdą tak jak powinny – czyli fantastycznie. Po drugie, każda nieudana klatka w sposób bezpośredni przekłada się na chęć do rozwoju swoich umiejętności. Przeważnie. Po trzecie wreszcie, kiedyś przychodzi taki moment, iż szuflady można zamknąć. A klucz, niczym przejrzałe jabłko, z prawdziwą satysfakcją i spełnieniem wyrzucić. I chyba warto tego doczekać. |