![]() |
|
Agata |
Baba z Teką Wentyl
Jest kilka takich chwil w życiu każdego grafika, kiedy zbyt mocno przeciągnięta struna anielskiej cierpliwości nagle pęka z trzaskiem. Jest kilka takich chwil w życiu każdego z nas, kiedy klient do tej pory traktowany przez nas po królewsku dostaje bilet w jedną stronę na ciemną stronę księżyca.
Urażona duma grafika nie jest tu w żadnym wypadku zapalnikiem, dumę każdy grafik ma już dawno schowaną głęboko w kieszeni - duma = brak kasy - rachunek aż nadto oczywisty. Zapalnikiem jest prawie zawsze długotrwały brak środków do życia. ![]() Nigdy do końca nie zrozumiem tej dziwnej zasady, że klient płaci kiedy chce, a jeśli nie płaci to nasza strata. Przedziwne i pokrętne jest jego zachowanie, gdy tak bije się o każdy milimetr naszego projektu z taką zawziętością, że już po jednej sesji z nim z niegdyś zgrabnego projektu zostają zgliszcza. Dziwne jest to nastawienie, że ja płacę - ja wymagam, zwłaszcza, że o zapłatę przychodzi nam walczyć jak o własne życie. Czasami przez kilka miesięcy - czasami bez skutku. Ale tak już nas skonstruowano, że posiadamy nerwy, które za często szarpane w końcu pękają. Grafik jest cierpliwy, jeśli się dusi ze złości - oprócz wyprysków na twarzy, wrzodów na żołądku i lekkiego drżenia w głosie niczego po sobie nie da poznać, profesjonalizm pełną gębą. Czasem nawet może się uśmiechnie przez zaciśnięte zęby. Każdy z nas posiada jakiś wentyl, który trzyma nas przy zdrowych zmysłach. Dla jednych to może rodzina, dla drugich sympatia lub ukochana świnka morska, może fajna kolekcja płyt albo dzika jazda na rowerze - nie wiem. Poprzednim razem opisałam klientkę, która zarzucała mi rysowanie księżyca w złą stronę. Sprawa projektu logo dla sklepu z mebelkami dziecięcymi ciągnęła się około 3 miesięcy, niestety w przeciągu następnych kilku tygodni okazało się także, że pracowałam za darmo. Moje codzienne wysiłki wydostania bądź co bądź należnej mi zapłaty każdorazowo kończyły się na niczym. Utknęłam w martwym punkcie tracąc powoli nadzieję, zwłaszcza, że mój ojciec i jednocześnie szef firmy twierdził, że pora dać sobie z tą, cytuję "bandą" święty spokój. I pewnie bym go w końcu posłuchała, gdyby nie mój "wentyl", który po 4 latach wspólnego życia wystrzelił w kosmos. Człowiek szczęśliwy umiejscowiony jest zawsze w rzeczywistości o innej perspektywie. Kiedy spadamy na ziemię, nagle się okazuje, że jesteśmy zdani tylko i wyłącznie na siebie. Giną zahamowania, a niektóre bariery pękają jak bańki mydlane. Ostatnia struna moich nerwów puściła jeszcze tego samego dnia po rozstaniu z ukochaną osobą - cicho lecz boleśnie. Dwie godziny zajęło mi znalezienie telefonu do baby. Przekopałam stosy faxów i kilobajty maili pamiętając, że gdzieś tam jest jej telefon komórkowy. Żeby się dodzwonić musiałam kilkakrotnie zmieniać telefon, z którego się łączyłam, bo widać po każdej takiej próbie klientka wpisywała sobie mój numer na "martwą listę". Kiedy wreszcie po drugiej stronie usłyszałam ten kulturalny, miły głos, zobaczyłam siebie jako inną osobę. Nie było żadnego proszę i kiedy będą pieniądze. Żadnego tłumaczenia, że jesteśmy małą firmą i że nawet tak małe sumy potrafią nas wykończyć. Zamiast tego pojawiła się natomiast wzmianka o umięśnionej i chętnej do obicia gęby firmie wierzycielskiej, a także jasno postawiona moja sympatia do rosyjskich przyjaciół i parę innych ciekawostek, które zrzucam na karb mojej ówczesnej niepoczytalności. Nazwanie mojej miłej pani złodziejem było wyrażeniem w tym wypadku lightowym. Mówiłam spokojnie i pewnie. Żadnego zdenerwowania, bo i po co? Wóz albo przewóz - niczego nie miałam już do stracenia. Po miłym i kulturalnym głosie klientki zostało tylko wspomnienie... i jeszcze odgłos odkładanej słuchawki. Wariatka - pomyślicie o mnie... hahah... zaręczam, że i ja tak pomyślałam. Pół godziny później dźwięk telefonu - po drugiej stronie klientka dzwoniąca z banku gotowa przelać pieniądze - eliksirem rzecz jasna. Zwarta i gotowa i wielce nadęta. Po podaniu jej numeru konta bankowego na odchodnym usłyszałam: "I zapraszam Panią do mojego sklepu, żeby mogła Pani zobaczyć jak ktoś lepszy od Pani zrobił mi logo". Nie pytałam czy księżyc był we właściwą stronę bo cała sytuacja była niewłaściwa w moim przekonaniu. Jaka to była suma? - a śmiejcie się śmiejcie. 800 złotych - co po odliczeniu Vatu i podatku dochodowego zostawiło mnie z 480 zł. Suma - w sam raz, żeby dać ogłoszenie: szukam wentyla :) - pokocham od zaraz. Pieniądze te wydam może i samotnie, ale fajnie było wyciągnąć z głębin kieszeni zakurzoną własną dumę... czego i wam życzę z całego serca :) Agata Janus
|