![]() |
|
Znaki IBM'u, |
Felieton Inaczej
Sztuka jest tym, co tworzy wizualną część naszej cywilizacji. Sztuka, antysztuka, kicz, popart, opart, van gogh, matejko, ready mades, symulakry, hiperrzeczywistość obrazu to wszystko współtworzy rzeczywistość kształtując nasz gust i estetykę. A przecież bez pojęcia estetyki nie byłoby binarności, opozycji pomiędzy tym, co stanowi wartość a co jedynie sztucznie aspiruje do jakichkolwiek treści.
Maya desnuda Francisco Goyi jest przejawem geniuszu, który zaowocował stworzeniem dzieła sztuki – z tym się wszyscy zgadzamy. Oglądając ten obraz w Museo Prado oddawałem mu prawie nabożną część. To przecież część naszej cywilizacji europejskiej – tego, co jest w nas samych. I podobnie jest z innymi dziełami lub przejawami ludzkiej myśli, których bezpośrednio wpływają na nasz życie estetyczne. Nudzi nas do bólu już Campbell Warhola, a jednak przyznajemy prawo Warholowi do miana artysty. Presley, Wayne, MM, Superman – te przejawy działalności “artystycznej” obklejamy etykietką “tandeta”. A czemuż to? Te ikony popkultury wpłynęły na pojęcie estetyki dziesiątek milionów ludzi... Czy to jeszcze nie sztuka? A może czas na dualizm sztuki natchnionej i sztuki komercyjnej. Bzdurne szufladkowanie. Postmodernizm zajmuje się tym od przeszło pół wieku i goni własny ogon. Zamykamy szufladki. Dyskusję zostawiamy dziadkom borowym badającym teorię “sztuki w jej ujęciu czysto duchowym”. Idziemy do Muzeum Guggenheima w Bilbao i cieszymy się, że możemy obcować z arcydziełami. Nie zastanawiamy się, dlaczego podziwiamy to, a nie ready mades w postaci kontrastów kolorystycznych wynikłych z przemieszania się w pralce kolorowych ubrań z białym kołnierzykiem. Usilnie staramy się skupić na obcowaniu z dziełem, wejściu w interakcję ze wszystkimi ego artysty, nie zastanawiając się nawet przez chwilę, że ktoś nam narzucił już swoje spojrzenie poprzez wybór tej a nie innej instalacji. Idziemy tak samo bezmyślnie jak stado kur do rozsypanego ziarna. I tak samo bezmyślnie traktujemy rozwijaną listę czcionek w ps'ie... Mamy na dyskach twardych dzieła sztuki, i nie zdajemy sobie z tego sprawy. Przecież gdyby na ścianie w salonie wisiał jakiś Goya czy inny Modigliani, żaden “gość w dom” nie wyszedłby od nas nie usłyszawszy wpierw króciutkiej historyjki, jak to weszliśmy przez “czysty lub nieczysty (czytaj handlowy) przypadek” w posiadanie tego dzieła. Hmmmm... dziwnym zbiegiem okoliczności nie słyszałem jeszcze, by ktoś chwalił się posiadaniem lub zakupem Helvetiki, Futury czy innej czcionki. Traktujemy te fonty z takim samym instrumentalizmem jak widelce i noże w szufladzie. Są tylko narzędziem do pewnych celów. Same w sobie nic nie znaczą. Czy aby na pewno? Znaki IBM'u, Coca – Coli to przejaw nie użycia w sposób wybitny narzędzia, ale stworzenie właśnie tego narzędzia. Wielkośc tych znaków towarowych polega na kroju czcionek a nie sposobie ich prezentacji (by w opozycji przywołać chociażby przykład polskiego CPNu). Wbrew pozorom nie namawiam wcale do wieszania wydruku fontów na ścianie... Ktoś poczuł się zagubiony moim wywodem? To wróćmy do początku: Sztuka jest tym co tworzy wizualną część naszej cywilizacji. Sztuka, antysztuka, kicz, popart, opart, van gogh, matejko, ready mades, symulakry, hiperrzeczywistość obrazu to wszystko współtworzy naszą rzeczywistość kształtując nasz gust i estetykę. A przecież bez pojęcia estetyki nie byłoby binarności, opozycji pomiędzy tym, co stanowi wartość a co jedynie sztucznie aspiruje do jakichkolwiek wartości. Słusznie ktoś może zarzucić mi jedną niekonsekwencję. Nazywam jedne rzeczy arcydziełami innym jednocześnie próbując tych wartości odmówić przez teorię narzucania estetyki. Oczywiście nie spodziewajcie się w tym miejscu innego słowa niż bynajmniej. Owo narzucanie jest takim samym przejawem sztuki jak reklama czy socrealizm – a kto z nas nie spotkał się w życiu ze “sztuką reklamy”. Socrealizm już stał się ikoną XX wieku. Cały problem można zdefiniować w jednym zdaniu: o wartości rzeczy (a może też idei, dzięki której dana rzecz powstaje) stanowi jej użyteczność w naszej rzeczywistości – i niestety nie mogę pochwalić się autorstwem tego twierdzenia. To zdanie to proste streszcznie pragmatyzmu zapoczątkowanego na początki XX w. przez dwójkę amerykańskich filozofów Jamesa i Pierce'a. Czy nie miało być o typografii? Było. Przeczytajcie jeszcze raz. A na koniec stwórzcie własną czcionkę. I wypróbujcie jej użyteczność. Staniecie się w jednym momencie twórcą i krytykiem. Jeśli test przejdzie pomyślnie, możecie nazwać się artystą.* A w międzyczasie przyjrzyjcie się fontom i zastanówcie się przy następnym projekcie dlaczego znów chcecie użyć futury, swissa czy ariala. Mniej bezmyślnego powielania wzorców a więcej indywidualizmu. Trywialne, ale często –niestety – mało kto o tym pamięta. * Żeby nie było żadnej wątpliwości nie jest to autopromocja siebie jako artysty. Własnej czcionki jeszcze nie stworzyłem.
|